Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irytacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irytacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2014

Sensowność istnienia kary śmierci w sytemie karnym



Polskie media w ostatnich tygodniach usilnie starają się postawić zasłonę dymną dla kuluarowych poczynań władz. W przypadku takich działań nieodzowne są tematy bulwersujące opinię publiczną. Postanowiono skorzystać z pomocy więźniów objętych ustawą amnestyjną z 7 XII 1989 r. (wyroki śmierci zamieniono im na jedynie na karę 25 lat pozbawienia wolności). Oczywiście o ich planowanym uwolnieniu wiedziano o dawna, ale dopiero teraz uznano za stosowne rozdmuchać medialną zadymkę. Zapraszani do programów publicystycznych goście prześcigają się w obarczaniu winą za aktualną sytuację kolejnych partii rządzących, a prowadzący te niby – dyskusje wtórują to jednej, to drugiej stronie (niczym frywolna chorągiewka powiewająca na wietrze). Śmieszą mnie rozważania odbiegające od istoty problemu, tj. rzetelnej oceny funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości oraz powiązanego z nimi systemu więziennictwa. Nie twierdzę, że są one wadliwe (niektóre zagadnienia wymagają doprecyzowania, wyklarowania). Z mojego punktu widzenia w asortymencie dostępnych kar brakuje najbardziej kontrowersyjnej z nich, czyli cieszącej się złą sławą kary śmierci. Czy rzeczywiście jest ona potrzebna?

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, iż kara śmierci była w Polsce praktykowana od czasów średniowiecznych. Karano w ten sposób najcięższe przestępstwa (np. fałszerstwo, gwałty, herezje, podpalenia, rabunki, zdrady). Jako pierwszy skodyfikował jej użycie król Kazimierz Wielki (na łamach swoich Statutów) – rozszerzyły one zbiór przestępstw karanych śmiercią o nieuczciwe naliczanie podatków, obracanie obcą walutą (psucie gospodarki). Prawa zaostrzono w 1586 r., kiedy o swoje życie musiały martwić się również osoby popełniające czyny przeciwko dobrym obyczajom, moralności (homoseksualizm, sodomia), porządkowi publicznemu (grabież na drogach, włamania), władzom miejskim (spiski). Uwzględniono ją również w kodeksie karnym Makarewicza oraz wojskowym kodeksie karnym z 1932 r. (tylko za morderstwo, zdradę stanu). Po zakończeniu II wojny światowej nowa kasta rządząca zadbała o stosowne zapisy w kodeksie karnym Ludowego Wojska Polskiego (1944 r.), kodeksie karnym Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (1969 r.), umożliwiające wykonywanie egzekucji poprzez powieszenie (cywile) lub rozstrzelanie (żołnierze). W celu podporządkowania sobie społeczeństwa i wyeliminowania obywateli nienadających się do reedukacji, sądy w okresie stalinowskim zasądzały karę śmierci masowo. Do 1956 r. zamordowano tak ponad 3,5 tys. osób (najczęściej przeciwników politycznych albo szabrowników). Smutny los spotkał bohaterów różnych grup narodowyzwoleńczych (m.in. gen. Augusta Emila Fieldorfa, chor. Henryka Książek, szer. Władysława Kudlika, rtm. Witolda Pileckiego, szer. Władysława Skwarca). Egzekucje przeprowadzano najczęściej za murami więzień (ostatnie publiczne wykonanie miało miejsce 21 VII 1946 r., kiedy na stokach poznańskiej cytadeli powieszono Reichstatthaltera Arthura Greisera). W naszym kraju nie praktykuje się zabijania więźniów od 21 IV 1988 r. (w Krakowie wykonano wyrok na skazanym za gwałt, zabójstwo Stanisławie Czabańskim). Po ustawie amnestyjnej od 1995 r. obowiązywało moratorium dotyczące wykonywania kary śmierci. 1 IX 1997 r. została zastąpiona karą dożywotniego pozbawienia wolności w ramach znowelizowanego kodeksu karnego. 27 VIII 2013 r. prezydent Bronisław Komorowski ratyfikował protokół nr 13 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, znoszący karę śmierci we wszystkich okolicznościach (także w czasie wojny). Od wielu lat niektóre partie polityczne nawołują do jej ograniczonego przywrócenia, co spotyka się z pozytywnym odzewem społeczeństwa (większość obywateli niezmiennie od wielu lat popiera taką ideę). Niestety nasi politycy odmawiają jakichkolwiek dyskusji na ten temat, zasłaniając się skomplikowaną siecią międzynarodowych zależności umocnionych stosownymi dokumentami.

W jaki sposób pozbawiano życia więźniów? Na przestrzeni wieków opracowano wiele różnych metod (jesteśmy wszak bardzo kreatywnym gatunkiem). Karę śmierci podzielić możemy ze względu na jej charakter, a więc czy kara ma być jedynie sposobem eliminacji jednostki (kara śmierci zwykła), czy też ma jej towarzyszyć zadanie skazanemu cierpienia (kara śmierci kwalifikowana). Granica nigdy nie została sprecyzowana, dlatego też wiele metod należało do obu grup w zależności od okoliczności. Najczęściej do zwykłego uśmiercania zbrodniarzy stosowano: otrucie (współcześnie dzięki specjalnej mieszaninie chemikaliów podawanych dożylnie), porażenie prądem (dzięki krzesłom elektrycznym), powieszenie (także głową w dół), rozstrzelanie, uduszenie (np. za pomocą garoty), ścięcie (poprzez cięcie mieczem, toporem, widelcem do oliwek), ukamienowanie (czyli zasypanie ofiary dziesiątkami kamieni), utopienie, zagazowanie (w specjalnych komorach), zrzucenie z wysokości (w starożytnym Rzymie wykorzystywano do tego skałę Tarpejską). Sadyści mogli przebierać pośród wielu zmyślnych tortur: ćwiartowania, łamania kołem, łamania na kole, miażdżenia słoniem, nabicia na hak, nabicia na pal, obdarcia ze skóry, pożarcia przez zwierzęta, rozciągania na madejowym łoży, rozerwania końmi, spalenia na stosie, ugotowania, ukrzyżowania, zagłodzenia, zmiażdżenia. Oczywiście istnieje znacznie więcej pomysłów na kreatywne uśmiercenie drugiej osoby, ale w ramach przykładu przytoczyłem jedynie najbardziej rozpowszechnione.

Jak wygląda obecna sytuacja w skali światowej? Kara śmierci została zniesiona całkowicie w 97 krajach, a 8 kolejnych ograniczyło ją wyłącznie do zbrodni wojennych. 36 krajów wprowadziło politykę jej niewykonywania (w praktyce nie wykonały żadnego wyroku w ciągu ostatnich 10 lat). Nadal obowiązuje w 57 państwach (najwięcej egzekucji wykonuje się Chinach, ale warto zaznaczyć, że w uciskającej swobody wolnościowe Rosji nie skazuje się oskarżonych na śmierć, co ma regularnie miejsce w liberalnych Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej). Niektóre kraje nie publikują oficjalnych danych na temat wykonywanych egzekucji (Chiny), podczas gdy inne publikują nawet skład ostatniego posiłku więźnia (USA). Kościół katolicki jest przeciwny uśmiercaniu bliźniego, ale dopuszcza stosowanie kary śmierci w określonych przypadkach (najcięższe przestępstwa, zdrada stanu). Kolejni papieże nawołują do jej wyeliminowania (poza przypadkami absolutnej konieczności). Wyznawcy islamu karzą w taki sposób nie tylko osoby, które popełniają zbrodnie (homoseksualizm, uprawianie magii, zabójstwo, zdradę małżeńską), ale także te występujące przeciw wierze (odstępstwo od wiary, zmiana wyznania). Pomimo pacyfistycznego podejścia buddystów oraz hindusów kraje opierające swoje systemy moralno – prawne na założeniach tych religii nie mają nic przeciw egzekucjom (nie tylko w czasie działań wojennych). Chociaż judaizm uwzględnia najwyższy wymiar kary w swoich naukach, to liczne dyskusje doprowadziły do złagodzenia tradycji (brak oficjalnych danych o jakichkolwiek wyrokach pozbawienia życia od blisko 2 tys. lat). Czas na przedstawienie argumentów za bądź przeciw obecności kary śmierci w systemie karnym.

Wielu zwolenników tej kary wspomina o jej odstraszającym działaniu. Świadomi grożącej im kary przestępcy mają się ponoć dobrze zastanowić przed popełnieniem zbrodni. Istnieją badania potwierdzające takie zachowania w półświatku przestępczym, co wpływa na zmniejszenie się ilości popełnianych przestępstw. Jednocześnie ratuje się wiele osób (będących potencjalnymi ofiarami morderstw). Niektórzy badacze udowodnili jednak, iż kara śmierci nie odstrasza ludzi od dopuszczania się czynów zakazanych przez prawo. Statystyki kryminalne potwierdzają, że wielu kryminalistów nie zastanawia się nad wymiarem wymierzonej później (naiwnie wierzą w uniknięcie karzącej ręki sprawiedliwości) kary, pozostając zaślepionym wizją potencjalnego zysku. Obrońcy praw człowieka sprowadzają taką retorykę jedynie do populistycznych prób budowania kapitału politycznego.

Uśmiercenie więźnia eliminuje możliwość jego ucieczki. Jednocześnie zabezpieczamy się przed popełnianiem przez niego wykroczeń w przyszłości. Podobnie jednak sprawdza się stosowana przecież na całym świecie kara dożywotniego pozbawienia wolności. Oczywiści bardziej pomysłowi przestępcy mogą wydostać się z zakładu penitencjarnego, ale jest to wówczas wina nie systemu sprawiedliwości, a wadliwego funkcjonowania służby więziennej. Coraz częściej dochodzi do brutalnych zachowań towarzyszy pozostających na wolności – porywają oni niewinnych cywilów, żądając uwolnienia konkretnych osób. W przypadku niespełnienia ich oczekiwań najczęściej uśmiercają zakładników. Uśmiercenie bandyty rozwiązuje ten problem (chociaż czasami ich ofiara czyni z nich męczenników inspirujących następców). Należy także pamiętać o ewentualnych działaniach odwetowych naśladowców pozbawionych życia więźniów.

Utrzymanie pojedynczego skazanego w polskim więzieniu kosztuje 2,5 tys. zł. Na dodatek warunki, jakie zapewnia mu państwo nie należą do najcięższych (dobrana indywidualnie dieta, dostęp do biblioteki, prace dorywcze, widzenia itp.). W przypadku morderców rodziny zamordowanych muszą pośrednio (poprzez płacenie podatków) uczestniczyć w procederze utrzymania kogoś, kto pozbawił je bliskiej osoby. Czy jest to sprawiedliwe? Kara śmierci wyklucza problem utrzymania więźnia, jednocześnie zaspokajając naturalną chęć wymierzenia sprawiedliwości w myśl zasady talionu. Dla wielu śmierć zbrodniarza jest jedynym satysfakcjonującym rozwiązaniem. Niestety zmusza się prokuratorów, sędziów do przyjęcia odpowiedzialności za pozbawienie życia innego człowieka (co może prowadzić do zaburzeń emocjonalnych, psychicznych). Problem można byłoby bardzo prosto rozwiązać, oferując skazanym pracę ze stałym wynagrodzeniem. Za zarobione pieniądze mogliby oni opłacać celę (dla leni przeznaczone byłyby najgorsze loch pozbawione światła, wody) oraz posiłki w więziennej stołówce (po normalnych cenach, a nie sztucznie zaniżonych). Dodatkową zachętą byłaby możliwość pozyskania dóbr luksusowych (alkoholu niskoprocentowego, papierosów, słodyczy) w specjalnych sklepikach (zmniejszyło by to udział nielegalnego obrotu w rynku). Sądzę, iż to najwłaściwsze rozwiązanie problemu przestępców.

Osoba skazana na karę dożywocia staje się właściwie nietykalna w świetle obowiązującego prawa. Ostatecznie nawet zasądzenie wielokrotnego dożywocia (wyroki przekraczające niekiedy 100 lat) nie rozwiązuje problemu więźnia, który nadal nie wyraża chęci zmiany swojego postępowania. Może zamordować strażnika, współwięźnia, a jedyną reperkusją będzie ograniczenie swobody jego poruszania się (karcer, wstrzymanie spacerów, zakaz wykonywania prac dodatkowych). Niektórzy ludzie wymagają bardzo restrykcyjnego traktowania, aby uchronić innych przed ich chorymi zapędami. Zwolennicy humanitarnego traktowania osadzonych mówią o zbawiennym wpływie wizji ewentualnego przedterminowego uwolnienia w ramach nagrody za dobre sprawowanie. Ma to ponoć pomóc w uczłowieczaniu wielokrotnych morderców. Myślę, że jest to tylko złudna nadzieja dla sceptyków kary śmierci.

Ludzie wykazują niebywałą skłonność do zdradzania ideałów, którymi kierowali się dotychczas w zamian za stosowną rekompensatę finansową. Jak można właściwie osądzić zdrajcę swojej ojczyzny? Czy samo przejście na stronę wroga w celu ratowania własnego życia kwalifikuje się do zasądzenia kary śmierci? W czasie działań wojennych zdarzają się przecież najróżniejsze sytuacje. Czasami ludzie starają się jedynie ratować swoich najbliższych od niechybnej śmierci w cierpieniach, decydując się na kooperację z przeciwnikiem. Każdy przypadek powinien być rozpatrywany indywidualnie (co w czasie wojny może być niemożliwe do zrealizowania), aby zminimalizować szansę wydania niesprawiedliwego wyroku. Przekazywanie informacji istotnych z punktu widzenia strategicznego (co może skutkować rozbiciem w puch dużych zgrupowań wojskowych) bądź udział w ludobójstwie własnych rodaków jest potworną zbrodnią zasługującą na ostateczną karę.

Reasumując, znamy obecnie wiele wad oraz zalet stosowania kary śmierci. Każdy z nas we własnym sumieniu musi rozstrzygnąć, czy jest ona potrzebna, sprawiedliwa. Osobiście uważam, że pomimo wielu niedoskonałości należy zachować ją w prawie karnym dla najbardziej wynaturzonych zbrodniarzy. Jeżeli ktoś morduje gromadkę dzieci, wcześniej je gwałcąc, a poćwiartowane fragmenty ich ciał rozwiesza na drzewach przy akompaniamencie koncertu smyczkowego, to w mojej ocenie jest jednostką wadliwą, którą należy jak najszybciej wyeliminować ze społeczeństwa. Wierzę w zdolności psychoanalityków, psychologów oraz psychiatrów, ale reedukacja takich potworów jest niemożliwa. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy utrzymywać ich z własnych pieniędzy. Sami musimy  w pocie czoła pracować dla zapewnienia sobie godziwych warunków bytu. Brak najsurowszej z kar może budzić w ludziach myśli o celowym popełnieniu zbrodni w celu zdobycia wiktu i opierunku do końca życia. Jest to smutne, ale niestety prawdziwe.

niedziela, 23 lutego 2014

Codzienny savoir - vivre w praktyce cz. II



Z ogromnym bólem serca muszę przyznać, że po dotarciu na uczelnię lub do pracy szara rzeczywistość wcale nie nabiera kolorów. Nadal jest ponura, a otaczający nas ludzie stale dostarczają nam powodów do westchnień niedowierzania bądź gniewnego zaciskania pięści. Najczęściej są to zwykłe drobnostki, na które większość ludzie stara się nie zwracać uwagi. Czasami jednak nasz nastrój skłania nas do odnajdywania najdrobniejszych szczegółów odbiegających od ustalonych norm. Człowiek w swojej naturze jest istota łaknącą ładu, porządku. Tolerancja na ludzką głupotę jest odwrotnie proporcjonalna do naszego samopoczucia – nie ma w tym nic dziwnego, zdrożnego. Z doświadczenia wiem, że niekiedy milczenie w sytuacjach zakrawających o bożą interwencję jest trudniejsze od przebiegnięcia maratonu. Warto jednak się powstrzymać, co pozwoli nam zaoszczędzić nieco gotówki tytułem nieuzyskania mandatu za wszczęcie awantury.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie nie dbają o porządek w swoim najbliższym otoczeniu. Czy życie w zaśmieconym pokoju może być radosne? Jak pracować, kiedy na biurku walają się sterty śmieci, a podłoga lepi się od nagromadzonego przez wiele dni brudu? Zdecydowanie daleko mi do idealnej pedanterii, ale zawsze dbam o swoje stanowisko pracy. Nie uznaję magazynowania kompletów zastawy stołowej z zamiarem ich późniejszego umycia. Nie sugeruję, aby od razu po spożyciu posiłku mknąć do kuchni. Należy to jednakowoż zrobić, zanim przyjdzie kolej kolejnego posiłku. To tylko podstawowe zasady higieny. Wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji, kiedy idący człowiek przechodzi obojętnie nad puszką po napoju gazowanym leżącą na środku korytarza. Tuż obok stoi pojemnik na odpady, ale wydaje się być on niewidoczny dla przechodnia. Może chodzi o brak stosownej zapłaty za wysiłek, jakiego wymagało wrzucenie natrętnego śmiecia do kosza? Dla mnie czysta przestrzeń dookoła jest wystarczającą rekompensatą. Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile razy dziennie zmuszeni jesteście mówić: Dzień dobry? To bardzo sympatyczny zwyczaj, ale w większości przypadków zbędny. Nie mamy obowiązku witać się z innymi pasażerami windy, ani dziękować im za wspólną podróż (ostatecznie nie jest ona zależna od nas). W przypadku codziennych pozdrowień najlepiej kierować się zdrowym rozsądkiem, okazując szacunek tym, którzy na niego zasługują (chyba, że okoliczności wymagają od nas kurtuazji względem osoby nam nieznanej).

W czasie swojej edukacji często spotykałem się z rażącymi przykładami braku szacunku dla czyjejś ciężkiej pracy. Dotyczy to głównie osób głośno dyskutujących w czasie wykładów (są to dobrowolne zajęcia, więc udział w nich ma charakter nieobowiązkowy). Rozmowy prowadzone szeptem są oczywiście tolerowane (nie zakłócają one niczyjego spokoju), ale żarliwe debaty prowadzane niekiedy pomiędzy rzędami są zdecydowanie poniżej poziomu, jaki powinni reprezentować studenci studiów wyższych. Jeśli istnieją kwestie wymagające natychmiastowego wyjaśnienia, można je omówić w jednej z wielu warszawskich kawiarni (po co przeszkadzać innym). To samo tyczy się książek pożyczanych z publicznych bibliotek. Dlaczego ludzie je niszczą? Czy zapewnienie bezpieczeństwa pojedynczego tomu naprawdę przekracza możliwości dorosłego przedstawiciela naszego gatunku? Nie rozumiem też, o co chodzi z tymi notatkami nanoszonymi na stronice z pomocą długopisu (sic!) lub ołówka. Czy nie prościej wynotować sobie wybrane informacje? Przypatrując się swoim towarzyszom wielokrotnie śmieszył mnie zwyczaj bezmyślnego odpisywania pracy kolegi z pominięciem jakiegokolwiek zabiegu zmieniającego treść, układ na stronie. To przecież nie jest niczym trudnym (każdy ma unikatowy styl wypowiedzi), a sprawdzający pracę nauczyciel z pewnością ucieszy się na widok kilku różnych prac (sprawdzanie kilkunastu kopii zawierających oczywiste błędy może być przyczyną depresji).

Powrót do domu także nie należy do przyjemnych życiowych powinności. Tłumy zmęczonych całodniową aktywnością ludzi wpychają się do przeładowanych środków komunikacji miejskiej, tworząc ukochany przez wszystkich ścisk. Zmuszeni jesteśmy balansować na czubkach palców, starając się odnaleźć jakikolwiek pewny punkt oparcia. Na dodatek wdychamy zapach przepoconych ciał (dezodoranty, perfumy są przecież koszmarnie drogie, a częste mycie się, jak wiemy już od średniowiecza, szkodzi zdrowiu), różnego rodzaju potraw konsumowanych bądź przewożonych na miejsce spożycia. To wszystko tworzy niepowtarzalny klimat uatrakcyjniający naszą podróż. Inną irytującą kwestią jest zajmowanie miejsc. Dlaczego ludzie zawsze siadają w mało ekonomiczny sposób, uniemożliwiając skorzystanie z dostępnych siedzisk (siadanie na środku, unikanie miejsc pod oknami)? Sam nie cierpię przeciskać się nad czyimiś kolanami, by zdążyć wysiąść na właściwym przystanku, ale staram się zachować minimum przyzwoitości. Gorszy mnie też tendencja do obnażania swojego ciała, kiedy tylko temperatury staną się do tego odpowiednie. Nie mam nic przeciwko paniom paradującym w samych strojach kąpielowych, ale obrzydza mnie widok owłosionego faceta, którego włosie skręca się pod wpływem ciepła, wilgoci.

W Polsce nawet robienie zakupów musi doprowadzać nas do pasji. Kiedy mamy ochotę podjąć część naszej gotówki z konta bankowego za pośrednictwem bankomatu, musimy wystrzegać się innych czekających w kolejce za nami. Wiele osób nie rozumie, że należy zachować stosowną odległość, aby wypłacający nie obawiał się kradzieży (to raczej mało prawdopodobne, ale samo rozglądanie się w poszukiwaniu potencjalnego złoczyńcy może nam skutecznie obrzydzić wypłacanie szeleszczących banknotów). Godziny otwarcia sklepów (szczególnie w dni świąteczne lub niedziele) to wielokrotnie omawiany temat. Pracujący tam ludzie także mają swoje życia, ale nie zapominajmy, iż nie pracują oni codziennie w pełnym wymiarze godzin. Służby porządkowe czy transportowe nie domagają się wolnych dni, a przecież i oni musza spędzać długie godziny z dala od najbliższych. W sklepach drażnią mnie natarczywi sprzedawcy. Jestem w stanie zaakceptować powitanie połączone z ofertą pomocy, ale pracownik włóczący się za mną po sklepie, wtrącający co chwilę ugrzecznione do granic możliwości porady jest czymś nie do przyjęcia. Takie zachowania skutecznie zniechęca mnie do wydania pieniędzy w takim miejscu. Podobnie jak zaglądanie do koszyków. Skąd u ludzi taka nieznośna ciekawość, co druga osoba włożyła do sklepowego wózka? Czy na podstawie jego zawartości wyrabiają sobie opinię na temat pchających je ludzi? Z pewnością.

Minuty upływają nam w długich kolejkach sklepowych. Czasami to wina pracowników (wszyscy zeszli na zasłużoną przerwę dokładnie w tym samym momencie) lub sprzętu (awaria kasy, terminalu). Sprawcami są również sporadycznie sami klienci. Nagle przypominają sobie o konieczności zakupu mleka, więc wybiegają sprzed kasy, ruszając do stoiska z nabiałem na drugim końcu hali sprzedażowej, podczas gdy cała reszta w ogonku musi czekać. A niech sobie czekają! Zbytnia nadgorliwość bywa przyczyną zdenerwowanych ponagleń ze strony innych. Przed stanięciem w kolejce (np. przy stoisku z wędlinami), można przecież dokładnie zaplanować, jakich to produktów potrzebujemy. Dzięki temu prostemu zabiegowi nie będziemy zabierać sprzedawcy cennych minut, kiedy zastanawiamy się nad różnicą pomiędzy szynką konserwową a parmeńską. Niektóre sklepy zaopatrują kasy w specjalne kolejki, dzieląc je w zależności od rodzaju klientów (kasy pierwszeństwa dla niepełnosprawnych) lub ilości produktów (kasy ekspresowe). Niektórzy ludzie wydają się być analfabetami, kierując się do kas nieprzeznaczonych dla nich (wszystko dla zaoszczędzenia kilku minut). Szczytem chamstwa jest popychanie kogoś stojącego przed nami za pomocą swojego wózka. Za każdym razem, gdy doświadczam czegoś takiego, czuję się niczym pojmany przez wroga jeniec prowadzony na śmierć.

Nie ma chyba już dzisiaj na świecie ludzi nieposiadających przynajmniej jednego telefonu komórkowego. Wiąże się to z niebezpieczeństwem zarejestrowania połączeń przychodzących. Co zrobić jednak, kiedy dzwoni do nas ktoś z numeru zastrzeżonego? Uśmiecham się, kiedy na liście połączeń nieodebranych widniej napis: No number. W takich sytuacjach nie mam pojęcia, co zrobić, bo przecież nie mogę oddzwonić, korzystając z nieznanego mi numeru. Najczęściej naszymi stręczycielami są operatorzy telefonii komórkowej, przedstawiciele instytucji finansowych, pragnący skusić nas kolejną (specjalnie dla nas przygotowaną) ofertą. Najlepiej po prostu ignorować takie próby. Ostatecznie może być to równie dobrze jakiś psychopata nastający na nasze życie. Bardzo denerwuje mnie również zwyczaj nienagrywania się na pocztę głosową. Przecież dzięki temu będę mógł zweryfikować, czy warto się z kimś takim skontaktować. Bardzo niegrzecznie jest również nie odpowiadać na skierowane do nas krótkie wiadomości tekstowe (SMS).

Zmorą pieszych są dwie grupy innych uczestników ruchu – kierowcy rozmaitych pojazdów oraz rowerzyści. Wszyscy zachowują się z godną pożałowania lekkomyślnością, których ofiarą są zazwyczaj ci poruszający się na własnych nogach. Szczególnie w godzinach popołudniowych przetrwanie na jezdni, trotuarze może skończyć się dla nas poważną kontuzją. Ścieżki rowerowe nie występują wszędzie, ale gdy ich brakuje, rowerzyści mają prawo włączenia się do ruchu drogowego. Rozumiem strach przed takim rozwiązaniem (przeciętny samochód może beznamiętnie rozprasować takiego śmiałka), ale brawurowa jazda slalomem pośród przechodniów nie jest zachowaniem ludzi cywilizowanych. Z drugiej strony nie możemy przesadnie denerwować się na tych osobników na dwóch kółkach – oni też chcą po prostu dotrzeć na miejsce. Pragnąłbym, aby na naszych ulicach pojawiło się więcej wzajemnego zrozumienia lub sympatii (czasami warto podziękować skinieniem głowy uprzejmemu kierowcy przepuszczającego nas po zebrze).

Na pewno każdy z Was przynajmniej raz w życiu miał wątpliwą przyjemność dostrzeżenia w oknie budynku sylwetki starszej pani wspartej na poduszkach. W nocy taki widok może przyprawić co wrażliwszych o szybsze bicie serca. Czujne oczy sąsiadki z lubością monitorują okolicę w poszukiwaniu obiektu do późniejszego oplotkowania. Wystarczy wrócić później z pracy, aby przepięto nam łatkę pracoholika bez własnego życia. Ten swoisty system sąsiedzkiego systemu szybkiego ostrzegania świetnie sprawdziłby się w zwalczaniu przestępczości, ale jego potencjał marnowany jest zazwyczaj na pomówienia niewinnych osób. Czy korzystacie z portali społecznościowych? Większość z Was zapewne tak. Wiąże się to nierozerwalnie z koniecznością czytania dziesiątek bardzo wysublimowanych statusów odnoszących się do codziennych czynności (np. defekacji). Na szczęście przewidziano urocza opcję blokowania notyfikacji pochodzących od konkretnego użytkownika (coraz częściej z niego korzystam, sprowadzając rolę portalu do prasówki najważniejszych wydarzeń z interesujących mnie dziedzin). Prawdopodobnie to właśnie długie godziny spędzane przed monitorem są winne licznym spóźnieniom. Jeśli nie zjawiamy się punktualnie na wyznaczone spotkanie, okazujemy brak szacunku drugiej osobie. W sytuacjach kryzysowych (wypadek) można przecież poinformować o swojej nieobecności ze stosownym wyprzedzeniem. To nie boli! Podobnie jak połykanie śliny. Co spożywają wszystkie osoby, które nie mogą się wręcz powstrzymać od splunięcia na chodnik? Współczuję im, chociaż nie popieram takiego zachowania (szkoda, że spluwaczki wyszły z użycia jakieś dwieście lat temu).

Ważną częścią każdego współczesnego człowieka jest życie towarzyskie. Niestety coraz częściej ogranicza się ono jedynie do suto zakrapianych alkoholem libacji z losowo dobranymi ludźmi. Nie ma w tym nic złego, gdyż każdy powinien spędzać swój wolny czas w taki sposób, jaki uważa za słuszne. Smuci mnie jedynie to, iż próżno na takich przyjęciach szukać okazji do merytorycznej rozmowy. Uwielbiam dyskutować na najróżniejsze tematy, a spotkanie przeciwnika zdolnego do formułowania poprawnych logicznie argumentów zawsze witam ze szczerym uśmiechem. Zaproszone osoby bardzo często przynoszą ze sobą własne jedzenie lub trunki. Zapominają, że w takich sytuacjach należy poczęstować wszystkich zebranych (niezależnie od ilości posiadanych dóbr). W trakcie niby – rozmów (tylko tak można nazwać konwersację przerywaną ciągłymi toastami) wychodzi na jaw kolejny grzeszek. Chodzi o przerywanie wypowiedzi rozmówcy swoimi wtrąceniami. Jest dopuszczalne jedynie w ściśle określonych momentach, kiedy posiadana przez nas informacja może w znaczący sposób wpłynąć na dalszy słowotok drugiej osoby. Nagminnie korzystamy z tego przywileju, co zaburza ciąg myślowy wypowiadającego się, utrudniając właściwe sformułowanie przekazu. Na krótko przed opuszczeniem lokalu w ludziach budzą się pierwotne instynkty. Niczym wygłodniałe zombie zaczynają otumanionym wzrokiem przeczesywać pomieszczenia w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia. Wszystko, co nie zostało zawczasu przybite gwoździami do podłogi, zostanie pożarte (w niektórych sytuacjach także natychmiast zwrócone wraz z sokami trawiennymi). Objadanie gospodarzy (bez stosownego zezwolenia) jest bardzo niegrzeczne. Szczególnie jeżeli rano będą oni mieli ochotę przekąsić małe co nieco.

Czasami spotkania ze znajomymi przenoszą się do barów, klubów lub pubów. Napotkamy tam całe mnóstwo osób o różnym stanie trzeźwości umysłu. Możemy pożegnać się z konwenansami pokroju szacunku dla osób starszych. Te tętniące życiem miejsca rządzą się własnymi prawami. Przekraczając ich próg, zgadzamy się z regulaminem obowiązującym wewnątrz. Jeśli już jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności znajdziemy się w środku, musimy pogodzić się ustawicznym naruszaniem naszej prywatności (klepanie, podszczypywanie). Strefa intymna właściwie nie istnieje, a większość rozmów toczona jest podniesionym głosem. Okazjonalnie natrafić możemy na małe grupki trudniące się obgadywaniem wszystkich wokół. Osoby takie mają najwyraźniej bardzo nikłe pojęcie o akustyce, gdyż większość ich uwag (docelowo przeznaczonych wyłącznie dla znajomków) trafia do uszu osób trzecich. Stanowi to niejaką wizytówkę osoby komentującej.

Lekarze twierdzą, że każdy człowiek powinien odwiedzić toaletę przynajmniej raz dziennie (najlepiej w godzinach porannych), aby pozbyć się zbędnej (już przetrawionej) masy pokarmowej. Ludzkość wspięła się na wyżyny swojej myśli technicznej, konstruując tak wspaniałe urządzenia, jak muszla toaletowa z górnopłukiem, szczotka lub płyn do czyszczenia ubikacji. Wynalazki te mają nie tylko łechtać naszą dumę, ale także służyć do codziennego użycia. Czyszczenie porcelanowej powierzchni muszli po skorzystaniu powinno być odruchem bezwarunkowym. Winniśmy pozostawiać toaletę w stanie, w jakim ją zastaliśmy. Kiedy kończy się papier toaletowy, a jednocześnie skończył się nam jego zapas, należy zostawić czytelny znak informujący o tym fakcie każdego potencjalnego użytkownika. Oszczędzi to mu niepotrzebnego stresu i krępującej sytuacji. Przed wyjściem opuszczajmy klapę – uniemożliwi to przykrym zapachom infiltrację naszego mieszkania.

Jestem zagorzałym zwolennikiem przestrzegania ciszy nocnej. W odróżnieniu od godziny policyjnej ma ona na celu zapewnienie komfortu mieszkańcom danego budynku (wybierając mieszkanie, musimy pożegnać się z zaletami domu jednorodzinnego). Młodzież często nawołuje do jej zniesienia, ale miałoby to tragiczne konsekwencje. Ciężko jest porządnie wypocząć, kiedy nasi sąsiedzi urządzają głośną balangę, zmuszając nas do wysłuchiwania ich ulubionych utworów. Do tego cała masa krzyków, stukotów i dźwięków żywcem wyciągniętych z najostrzejszych filmów pornograficznych. Jedynym sensownym wyjściem wydają się odwiedziny u hałasującej osobistości w celu udzielenia jej słownej reprymendy. To może skończyć się jednak ciężkim pobiciem albo przykrymi konsekwencjami (malowanie drzwi, zaklejanie betonem dziurek od klucza). Najlepiej po prostu wezwać stosowne służby, aby przy pomocy odpowiednio wysokiego mandatu skłoniły imprezowicza do zachowania odpowiedniego do pory dnia. Sporadyczne przyjęcia zazwyczaj są tolerowane, ale przekształcanie swojego lokum w dyskotekę już nie.

To tylko bardzo uogólniony zbiór ludzkich zachowań, które szczególnie negatywnie działają mi na nerwy. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Nie jest to jednak celem tego cyklu. Chciałem podzielić się swoimi spostrzeżeniami odnoszącymi się do codziennej koegzystencji z innymi ludźmi. Mam nadzieję, że posłuży on jako swoisty drogowskaz, czego nie należy pod żadnym pozorem robić.

piątek, 21 lutego 2014

Szanujmy język ojczysty!



Język polski zajmuje zaszczytne miejsce pośród trzydziestu najpowszechniej występujących dialektów na świecie. Oczywiście liczby osób nim operujących nie można porównać z ogromem, który w życiu codziennym korzysta z języka angielskiego lub mandaryńskiego. Coraz częściej zatracamy niestety zdolność do poprawnego wysławiania się, co skutkuje całą masą błędów uwłaczających pięknu tego skomplikowanego żargonu (wielu poliglotów nie zdołało go opanować, np. znający ponad 30 języków John Ronald Reuel Tolkien poddał się po kilku tygodniach nauki). Edukacja oferowana przez polskie szkoły skupia się na przekazaniu wiedzy z wielu różnych dziedzin na podobnym poziomie. Ma to zapewnić pewien zasób wiedzy ogólnej kończącym je absolwentom. Mogłoby się wydawać, że skoro w większości placówek oświatowych lekcje prowadzi się w języku ojczystym, to uczniowie będą posługiwać się nim z iście dziecinną łatwością. 

Nieszczęśliwe nie jest to prawdą. W dobie globalizacji, otwierania się na świat wyrazy obcojęzyczne skutecznie wypierają rodzime zwroty (choćby zwyczaj zastępowania w reprezentacyjnych częściach miast słowa kawiarnia zlepkami typu café). Codziennie jesteśmy narażeni na kontakt z językiem obcym (w rozsądnych granicach przynosi to oczywiście bardzo pozytywne rezultaty). Niepokojąca jest tendencja rodzimych dziennikarzy, funkcjonariuszy publicznych do używania w swoich wypowiedziach słów obcego pochodzenia. Ich polskie odpowiedniki można znaleźć w słownikach (poza niektórymi bardzo charakterystycznymi zwrotami ukutymi przez inne narody), ale wiąże się to z wykonaniem stosunkowo nudnej pracy. Prościej przecież skorzystać z jednego z powszechnie znanych słówek (np. dizajn miast swojsko brzmiącego projektu, estetyki czy wzoru). Te obyczaje utrwalają się w kontaktach międzyludzkich. Od czasu do czasu sami nawet nie zdajemy sobie sprawy z popełnianych gaf językowych. Zaprezentuję kilka najpopularniejszych z nadzieją, iż może pomogą one chociażby w minimalnym stopniu w walce z galopującą barbaryzacją mowy codziennej.

Kiedy po powrocie z przechadzki relacjonujemy komuś swoje poczynania, nie mówimy, że tam poszłem (doszłem, weszłem, zaszłem). Poprawnie będzie natomiast powiedzieć poszedłem (doszedłem, wszedłem, zaszedłem). Na pewno każdy przynajmniej raz spotkał się ze zwrotem tam coś pisze. Bardzo rzadko dotyczy to robota zapełniającego swoimi przemyśleniami wyznaczone powierzchnie. Jeśli pragniemy przekazać komuś informację przedstawioną w formie pisemnej drogą ustną winniśmy skorzystać z frazy coś jest napisane. Niektóre urządzenia możemy włączać (wyłączać), ale nigdy włanczać (wyłanczać). Ostatecznie produkuje się włączniki, a nie włanczniki. Wielu osobom może wydać się to nieprawdopodobne, ale w słowie wziąć nie ma litery ś (niektórzy uparcie ją tam wciskają, mówiąc wziąść). W zlepku wyrazowym jakiś brakuje z kolei ch (karygodna maszkara jakichś). Zwracając się do kobiety, mówimy proszę pani zamiast proszą panią (druga forma możliwa jest jedynie w przypadku proszenia o przysługę, zaproszenia do wspólnego tańca).

Ważna jest dbałość o końcówki wyrazowe. Widuję czasami prace zaczynające się od rozumię (właściwie: rozumiem). Czas możemy spędzać na dworze (nigdy na dworzu). Osoby przechwalające się swoimi umiejętnościami twierdzą ja coś umię (zamiast ja coś umiem). Tak samo wygląda sprawa z proszę (nie prosze). Powołując się na przykłady możemy rzec odnośnie do czegoś (nie odnośnie czegoś). W swoich curriculum vitae szukający pracy czasami podają adres zamieszkania (dysponujemy adresem albo miejscem zamieszkania). Niektóre dzieła mogą być oryginalne, ale niestety nie orginalne. Kiedy w rozmowie stosujemy przenośnie, mówmy w cudzysłowie w miejsce błędnego w cudzysłowiu (powstrzymajmy się też od zakreślania w przestrzeni odpowiadającym mu znaków interpunkcyjnych za pomocą konwulsyjnych gestów palców). Pewne wyrazy zapisujemy małą (lub wielką) literą [możemy zamiennie powiedzieć od małej (wielkiej) litery] – nie z małej (wielkiej) litery.

Innym popularnym błędem ortograficznym jest zastępowanie litery n (pojedynczy) figurą ń (pojedyńczy). W Polsce aktywnie funkcjonuje Kościół greckokatolicki (nie grekokatolicki). Francuzki to rzeczownik w liczbie mnogiej od pojedynczej kobiety narodowości francuskiej – nie przymiotnik (francuzka restauracja). W firmach pracują menadżerowie, więc powiemy menadżer, menedżer, manager (nie menager). Kobieta może być przy nadziei (błędnie przy nadzieji), a coś może należeć do Mai (nie do Maji). Przymiotniki zapisujemy zawsze małą literą (nawet jeśli odnoszą się do świąt, np. wielkanocny). Skrócone określenia braci zakonnych (benedyktyni, cystersi, franciszkanie, paulini) piszemy podobnie (ale już wyraz Krzyżak zaczyna się od wielkiej litery, gdyż oznacza zarówno obywatela państwa krzyżackiego, jak i brata Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie). 

Nazwy ras zapisujemy koniecznie małymi literami (owczarek niemiecki zamiast Owczarek Niemiecki). Wielu Polaków ma problem z odróżnianiem w pewnych słowach s od z (z uwagi na ubezdźwięcznienia w bezpośrednim sąsiedztwie t). Prowadzi to do powstania takich błędnych form, jak ztąd, ztamtąd, zprzed (odpowiednio: stąd, stamtąd, sprzed). Formy bezosobowe (trzeba) zapisujemy z by rozłącznie (trzeba by). Formy osobowe natomiast łącznie (zrobiłbym).

W codziennych rozmowach czasami stosujemy masło maślane. Osoby urodzone pod znakiem Raka lub Lwa mają urodziny w lipcu (nie miesiącu lipcu). Zbiorniki wodne nazywamy akwenami (nie akwenami wodnymi). Nie można dalej kontynuować (wystarczy to drugie słowo) czy wracać z powrotem (albo cofać do tyłu), a dwie połowy zawsze są równe (dwie równe połowy).  Zdumiewająco często pojawiają się w mowie błędy logiczne (większa połowa) bądź gramatyczne (bardziej hałaśliwszy z nieuzasadnionym użyciem wyrazu bardziej). 

Oddzielną kwestią są bardzo rozpowszechnione problemy z właściwym stosowaniem interpunkcji. Generalnie nie oddzielamy przecinkiem podmiotu od orzeczenia. Zdania wtrącone oddzielamy przecinkami z obu stron (nie tylko z przodu). Część ułamkową od całkowitej oddzielamy przecinkiem (nie kropką – ta zarezerwowana jest dla trzycyfrowych grup tysięcy). Warto pamiętać, że skróty w przypadku niezależnym (np. dr, mgr, wg), które składają się pierwszej oraz ostatniej litery danego wyrazu, zapisujemy bez kropki. Zdania podrzędne zaczynające się połączeniami wyrazami (chyba że, mimo że, na co, za co, zwłaszcza kiedy) poprzedzamy przecinkiem przed całym połączeniem.

Popełniamy oczywiście całą masę innych błędów. Nie zawsze wynika to z braku wykształcenia. Lenistwo szerzy się wszędzie, a wszechobecne ułatwienia codziennych czynności raczej nie zachęcają nas do wysiłku (choćby umysłowego). Niektóre telefony komórkowe nie mają wbudowanego słownika języka polskiego lub nie wyświetlają naszych rodzimych znaków (ukochane przez wszystkich litery z ogonkami). Przyzwyczajenie utrwala błędy, których normalnie byśmy nie popełnili (praktyka czyni mistrza), gdybyśmy tylko zmusili się do mozolnego odtwarzania właściwych form wyrazowych. Zasób słownictwa w naszym języku jest ogromny. Bardzo niewielu śmiałków podejmuje się wyzwania poznania choćby niewielkiej jego części (nie dotyczy to oczywiście studentów oraz absolwentów kierunków polonistycznych). Warto jednak pokusić się o codzienny nawyk przyswojenia sobie jednego (nieznanego nam dotąd) słowa. Bardzo rozbudowane słownictwo nie tylko umożliwi nam swobodę w tworzeniu form pisemnych (unikając przy tym powtórzeń), ale także będzie świadczyć o naszej wysokiej kulturze osobistej. Wydanie ogromnej sumy pieniędzy na drogie gadżety, stroje nie zastąpi solidnego wykształcenia. Inteligencja, wiedza zawsze będzie przezierać spod tańszego opakowania. Ich brak będzie za to bardzo razić (pomimo wytwornego garnituru uszytego przez jednego z uznanych w środowisku mody projektantów).