Pokazywanie postów oznaczonych etykietą savoir - vivre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą savoir - vivre. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

Codzienny savoir - vivre w praktyce cz. II



Z ogromnym bólem serca muszę przyznać, że po dotarciu na uczelnię lub do pracy szara rzeczywistość wcale nie nabiera kolorów. Nadal jest ponura, a otaczający nas ludzie stale dostarczają nam powodów do westchnień niedowierzania bądź gniewnego zaciskania pięści. Najczęściej są to zwykłe drobnostki, na które większość ludzie stara się nie zwracać uwagi. Czasami jednak nasz nastrój skłania nas do odnajdywania najdrobniejszych szczegółów odbiegających od ustalonych norm. Człowiek w swojej naturze jest istota łaknącą ładu, porządku. Tolerancja na ludzką głupotę jest odwrotnie proporcjonalna do naszego samopoczucia – nie ma w tym nic dziwnego, zdrożnego. Z doświadczenia wiem, że niekiedy milczenie w sytuacjach zakrawających o bożą interwencję jest trudniejsze od przebiegnięcia maratonu. Warto jednak się powstrzymać, co pozwoli nam zaoszczędzić nieco gotówki tytułem nieuzyskania mandatu za wszczęcie awantury.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie nie dbają o porządek w swoim najbliższym otoczeniu. Czy życie w zaśmieconym pokoju może być radosne? Jak pracować, kiedy na biurku walają się sterty śmieci, a podłoga lepi się od nagromadzonego przez wiele dni brudu? Zdecydowanie daleko mi do idealnej pedanterii, ale zawsze dbam o swoje stanowisko pracy. Nie uznaję magazynowania kompletów zastawy stołowej z zamiarem ich późniejszego umycia. Nie sugeruję, aby od razu po spożyciu posiłku mknąć do kuchni. Należy to jednakowoż zrobić, zanim przyjdzie kolej kolejnego posiłku. To tylko podstawowe zasady higieny. Wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji, kiedy idący człowiek przechodzi obojętnie nad puszką po napoju gazowanym leżącą na środku korytarza. Tuż obok stoi pojemnik na odpady, ale wydaje się być on niewidoczny dla przechodnia. Może chodzi o brak stosownej zapłaty za wysiłek, jakiego wymagało wrzucenie natrętnego śmiecia do kosza? Dla mnie czysta przestrzeń dookoła jest wystarczającą rekompensatą. Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile razy dziennie zmuszeni jesteście mówić: Dzień dobry? To bardzo sympatyczny zwyczaj, ale w większości przypadków zbędny. Nie mamy obowiązku witać się z innymi pasażerami windy, ani dziękować im za wspólną podróż (ostatecznie nie jest ona zależna od nas). W przypadku codziennych pozdrowień najlepiej kierować się zdrowym rozsądkiem, okazując szacunek tym, którzy na niego zasługują (chyba, że okoliczności wymagają od nas kurtuazji względem osoby nam nieznanej).

W czasie swojej edukacji często spotykałem się z rażącymi przykładami braku szacunku dla czyjejś ciężkiej pracy. Dotyczy to głównie osób głośno dyskutujących w czasie wykładów (są to dobrowolne zajęcia, więc udział w nich ma charakter nieobowiązkowy). Rozmowy prowadzone szeptem są oczywiście tolerowane (nie zakłócają one niczyjego spokoju), ale żarliwe debaty prowadzane niekiedy pomiędzy rzędami są zdecydowanie poniżej poziomu, jaki powinni reprezentować studenci studiów wyższych. Jeśli istnieją kwestie wymagające natychmiastowego wyjaśnienia, można je omówić w jednej z wielu warszawskich kawiarni (po co przeszkadzać innym). To samo tyczy się książek pożyczanych z publicznych bibliotek. Dlaczego ludzie je niszczą? Czy zapewnienie bezpieczeństwa pojedynczego tomu naprawdę przekracza możliwości dorosłego przedstawiciela naszego gatunku? Nie rozumiem też, o co chodzi z tymi notatkami nanoszonymi na stronice z pomocą długopisu (sic!) lub ołówka. Czy nie prościej wynotować sobie wybrane informacje? Przypatrując się swoim towarzyszom wielokrotnie śmieszył mnie zwyczaj bezmyślnego odpisywania pracy kolegi z pominięciem jakiegokolwiek zabiegu zmieniającego treść, układ na stronie. To przecież nie jest niczym trudnym (każdy ma unikatowy styl wypowiedzi), a sprawdzający pracę nauczyciel z pewnością ucieszy się na widok kilku różnych prac (sprawdzanie kilkunastu kopii zawierających oczywiste błędy może być przyczyną depresji).

Powrót do domu także nie należy do przyjemnych życiowych powinności. Tłumy zmęczonych całodniową aktywnością ludzi wpychają się do przeładowanych środków komunikacji miejskiej, tworząc ukochany przez wszystkich ścisk. Zmuszeni jesteśmy balansować na czubkach palców, starając się odnaleźć jakikolwiek pewny punkt oparcia. Na dodatek wdychamy zapach przepoconych ciał (dezodoranty, perfumy są przecież koszmarnie drogie, a częste mycie się, jak wiemy już od średniowiecza, szkodzi zdrowiu), różnego rodzaju potraw konsumowanych bądź przewożonych na miejsce spożycia. To wszystko tworzy niepowtarzalny klimat uatrakcyjniający naszą podróż. Inną irytującą kwestią jest zajmowanie miejsc. Dlaczego ludzie zawsze siadają w mało ekonomiczny sposób, uniemożliwiając skorzystanie z dostępnych siedzisk (siadanie na środku, unikanie miejsc pod oknami)? Sam nie cierpię przeciskać się nad czyimiś kolanami, by zdążyć wysiąść na właściwym przystanku, ale staram się zachować minimum przyzwoitości. Gorszy mnie też tendencja do obnażania swojego ciała, kiedy tylko temperatury staną się do tego odpowiednie. Nie mam nic przeciwko paniom paradującym w samych strojach kąpielowych, ale obrzydza mnie widok owłosionego faceta, którego włosie skręca się pod wpływem ciepła, wilgoci.

W Polsce nawet robienie zakupów musi doprowadzać nas do pasji. Kiedy mamy ochotę podjąć część naszej gotówki z konta bankowego za pośrednictwem bankomatu, musimy wystrzegać się innych czekających w kolejce za nami. Wiele osób nie rozumie, że należy zachować stosowną odległość, aby wypłacający nie obawiał się kradzieży (to raczej mało prawdopodobne, ale samo rozglądanie się w poszukiwaniu potencjalnego złoczyńcy może nam skutecznie obrzydzić wypłacanie szeleszczących banknotów). Godziny otwarcia sklepów (szczególnie w dni świąteczne lub niedziele) to wielokrotnie omawiany temat. Pracujący tam ludzie także mają swoje życia, ale nie zapominajmy, iż nie pracują oni codziennie w pełnym wymiarze godzin. Służby porządkowe czy transportowe nie domagają się wolnych dni, a przecież i oni musza spędzać długie godziny z dala od najbliższych. W sklepach drażnią mnie natarczywi sprzedawcy. Jestem w stanie zaakceptować powitanie połączone z ofertą pomocy, ale pracownik włóczący się za mną po sklepie, wtrącający co chwilę ugrzecznione do granic możliwości porady jest czymś nie do przyjęcia. Takie zachowania skutecznie zniechęca mnie do wydania pieniędzy w takim miejscu. Podobnie jak zaglądanie do koszyków. Skąd u ludzi taka nieznośna ciekawość, co druga osoba włożyła do sklepowego wózka? Czy na podstawie jego zawartości wyrabiają sobie opinię na temat pchających je ludzi? Z pewnością.

Minuty upływają nam w długich kolejkach sklepowych. Czasami to wina pracowników (wszyscy zeszli na zasłużoną przerwę dokładnie w tym samym momencie) lub sprzętu (awaria kasy, terminalu). Sprawcami są również sporadycznie sami klienci. Nagle przypominają sobie o konieczności zakupu mleka, więc wybiegają sprzed kasy, ruszając do stoiska z nabiałem na drugim końcu hali sprzedażowej, podczas gdy cała reszta w ogonku musi czekać. A niech sobie czekają! Zbytnia nadgorliwość bywa przyczyną zdenerwowanych ponagleń ze strony innych. Przed stanięciem w kolejce (np. przy stoisku z wędlinami), można przecież dokładnie zaplanować, jakich to produktów potrzebujemy. Dzięki temu prostemu zabiegowi nie będziemy zabierać sprzedawcy cennych minut, kiedy zastanawiamy się nad różnicą pomiędzy szynką konserwową a parmeńską. Niektóre sklepy zaopatrują kasy w specjalne kolejki, dzieląc je w zależności od rodzaju klientów (kasy pierwszeństwa dla niepełnosprawnych) lub ilości produktów (kasy ekspresowe). Niektórzy ludzie wydają się być analfabetami, kierując się do kas nieprzeznaczonych dla nich (wszystko dla zaoszczędzenia kilku minut). Szczytem chamstwa jest popychanie kogoś stojącego przed nami za pomocą swojego wózka. Za każdym razem, gdy doświadczam czegoś takiego, czuję się niczym pojmany przez wroga jeniec prowadzony na śmierć.

Nie ma chyba już dzisiaj na świecie ludzi nieposiadających przynajmniej jednego telefonu komórkowego. Wiąże się to z niebezpieczeństwem zarejestrowania połączeń przychodzących. Co zrobić jednak, kiedy dzwoni do nas ktoś z numeru zastrzeżonego? Uśmiecham się, kiedy na liście połączeń nieodebranych widniej napis: No number. W takich sytuacjach nie mam pojęcia, co zrobić, bo przecież nie mogę oddzwonić, korzystając z nieznanego mi numeru. Najczęściej naszymi stręczycielami są operatorzy telefonii komórkowej, przedstawiciele instytucji finansowych, pragnący skusić nas kolejną (specjalnie dla nas przygotowaną) ofertą. Najlepiej po prostu ignorować takie próby. Ostatecznie może być to równie dobrze jakiś psychopata nastający na nasze życie. Bardzo denerwuje mnie również zwyczaj nienagrywania się na pocztę głosową. Przecież dzięki temu będę mógł zweryfikować, czy warto się z kimś takim skontaktować. Bardzo niegrzecznie jest również nie odpowiadać na skierowane do nas krótkie wiadomości tekstowe (SMS).

Zmorą pieszych są dwie grupy innych uczestników ruchu – kierowcy rozmaitych pojazdów oraz rowerzyści. Wszyscy zachowują się z godną pożałowania lekkomyślnością, których ofiarą są zazwyczaj ci poruszający się na własnych nogach. Szczególnie w godzinach popołudniowych przetrwanie na jezdni, trotuarze może skończyć się dla nas poważną kontuzją. Ścieżki rowerowe nie występują wszędzie, ale gdy ich brakuje, rowerzyści mają prawo włączenia się do ruchu drogowego. Rozumiem strach przed takim rozwiązaniem (przeciętny samochód może beznamiętnie rozprasować takiego śmiałka), ale brawurowa jazda slalomem pośród przechodniów nie jest zachowaniem ludzi cywilizowanych. Z drugiej strony nie możemy przesadnie denerwować się na tych osobników na dwóch kółkach – oni też chcą po prostu dotrzeć na miejsce. Pragnąłbym, aby na naszych ulicach pojawiło się więcej wzajemnego zrozumienia lub sympatii (czasami warto podziękować skinieniem głowy uprzejmemu kierowcy przepuszczającego nas po zebrze).

Na pewno każdy z Was przynajmniej raz w życiu miał wątpliwą przyjemność dostrzeżenia w oknie budynku sylwetki starszej pani wspartej na poduszkach. W nocy taki widok może przyprawić co wrażliwszych o szybsze bicie serca. Czujne oczy sąsiadki z lubością monitorują okolicę w poszukiwaniu obiektu do późniejszego oplotkowania. Wystarczy wrócić później z pracy, aby przepięto nam łatkę pracoholika bez własnego życia. Ten swoisty system sąsiedzkiego systemu szybkiego ostrzegania świetnie sprawdziłby się w zwalczaniu przestępczości, ale jego potencjał marnowany jest zazwyczaj na pomówienia niewinnych osób. Czy korzystacie z portali społecznościowych? Większość z Was zapewne tak. Wiąże się to nierozerwalnie z koniecznością czytania dziesiątek bardzo wysublimowanych statusów odnoszących się do codziennych czynności (np. defekacji). Na szczęście przewidziano urocza opcję blokowania notyfikacji pochodzących od konkretnego użytkownika (coraz częściej z niego korzystam, sprowadzając rolę portalu do prasówki najważniejszych wydarzeń z interesujących mnie dziedzin). Prawdopodobnie to właśnie długie godziny spędzane przed monitorem są winne licznym spóźnieniom. Jeśli nie zjawiamy się punktualnie na wyznaczone spotkanie, okazujemy brak szacunku drugiej osobie. W sytuacjach kryzysowych (wypadek) można przecież poinformować o swojej nieobecności ze stosownym wyprzedzeniem. To nie boli! Podobnie jak połykanie śliny. Co spożywają wszystkie osoby, które nie mogą się wręcz powstrzymać od splunięcia na chodnik? Współczuję im, chociaż nie popieram takiego zachowania (szkoda, że spluwaczki wyszły z użycia jakieś dwieście lat temu).

Ważną częścią każdego współczesnego człowieka jest życie towarzyskie. Niestety coraz częściej ogranicza się ono jedynie do suto zakrapianych alkoholem libacji z losowo dobranymi ludźmi. Nie ma w tym nic złego, gdyż każdy powinien spędzać swój wolny czas w taki sposób, jaki uważa za słuszne. Smuci mnie jedynie to, iż próżno na takich przyjęciach szukać okazji do merytorycznej rozmowy. Uwielbiam dyskutować na najróżniejsze tematy, a spotkanie przeciwnika zdolnego do formułowania poprawnych logicznie argumentów zawsze witam ze szczerym uśmiechem. Zaproszone osoby bardzo często przynoszą ze sobą własne jedzenie lub trunki. Zapominają, że w takich sytuacjach należy poczęstować wszystkich zebranych (niezależnie od ilości posiadanych dóbr). W trakcie niby – rozmów (tylko tak można nazwać konwersację przerywaną ciągłymi toastami) wychodzi na jaw kolejny grzeszek. Chodzi o przerywanie wypowiedzi rozmówcy swoimi wtrąceniami. Jest dopuszczalne jedynie w ściśle określonych momentach, kiedy posiadana przez nas informacja może w znaczący sposób wpłynąć na dalszy słowotok drugiej osoby. Nagminnie korzystamy z tego przywileju, co zaburza ciąg myślowy wypowiadającego się, utrudniając właściwe sformułowanie przekazu. Na krótko przed opuszczeniem lokalu w ludziach budzą się pierwotne instynkty. Niczym wygłodniałe zombie zaczynają otumanionym wzrokiem przeczesywać pomieszczenia w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia. Wszystko, co nie zostało zawczasu przybite gwoździami do podłogi, zostanie pożarte (w niektórych sytuacjach także natychmiast zwrócone wraz z sokami trawiennymi). Objadanie gospodarzy (bez stosownego zezwolenia) jest bardzo niegrzeczne. Szczególnie jeżeli rano będą oni mieli ochotę przekąsić małe co nieco.

Czasami spotkania ze znajomymi przenoszą się do barów, klubów lub pubów. Napotkamy tam całe mnóstwo osób o różnym stanie trzeźwości umysłu. Możemy pożegnać się z konwenansami pokroju szacunku dla osób starszych. Te tętniące życiem miejsca rządzą się własnymi prawami. Przekraczając ich próg, zgadzamy się z regulaminem obowiązującym wewnątrz. Jeśli już jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności znajdziemy się w środku, musimy pogodzić się ustawicznym naruszaniem naszej prywatności (klepanie, podszczypywanie). Strefa intymna właściwie nie istnieje, a większość rozmów toczona jest podniesionym głosem. Okazjonalnie natrafić możemy na małe grupki trudniące się obgadywaniem wszystkich wokół. Osoby takie mają najwyraźniej bardzo nikłe pojęcie o akustyce, gdyż większość ich uwag (docelowo przeznaczonych wyłącznie dla znajomków) trafia do uszu osób trzecich. Stanowi to niejaką wizytówkę osoby komentującej.

Lekarze twierdzą, że każdy człowiek powinien odwiedzić toaletę przynajmniej raz dziennie (najlepiej w godzinach porannych), aby pozbyć się zbędnej (już przetrawionej) masy pokarmowej. Ludzkość wspięła się na wyżyny swojej myśli technicznej, konstruując tak wspaniałe urządzenia, jak muszla toaletowa z górnopłukiem, szczotka lub płyn do czyszczenia ubikacji. Wynalazki te mają nie tylko łechtać naszą dumę, ale także służyć do codziennego użycia. Czyszczenie porcelanowej powierzchni muszli po skorzystaniu powinno być odruchem bezwarunkowym. Winniśmy pozostawiać toaletę w stanie, w jakim ją zastaliśmy. Kiedy kończy się papier toaletowy, a jednocześnie skończył się nam jego zapas, należy zostawić czytelny znak informujący o tym fakcie każdego potencjalnego użytkownika. Oszczędzi to mu niepotrzebnego stresu i krępującej sytuacji. Przed wyjściem opuszczajmy klapę – uniemożliwi to przykrym zapachom infiltrację naszego mieszkania.

Jestem zagorzałym zwolennikiem przestrzegania ciszy nocnej. W odróżnieniu od godziny policyjnej ma ona na celu zapewnienie komfortu mieszkańcom danego budynku (wybierając mieszkanie, musimy pożegnać się z zaletami domu jednorodzinnego). Młodzież często nawołuje do jej zniesienia, ale miałoby to tragiczne konsekwencje. Ciężko jest porządnie wypocząć, kiedy nasi sąsiedzi urządzają głośną balangę, zmuszając nas do wysłuchiwania ich ulubionych utworów. Do tego cała masa krzyków, stukotów i dźwięków żywcem wyciągniętych z najostrzejszych filmów pornograficznych. Jedynym sensownym wyjściem wydają się odwiedziny u hałasującej osobistości w celu udzielenia jej słownej reprymendy. To może skończyć się jednak ciężkim pobiciem albo przykrymi konsekwencjami (malowanie drzwi, zaklejanie betonem dziurek od klucza). Najlepiej po prostu wezwać stosowne służby, aby przy pomocy odpowiednio wysokiego mandatu skłoniły imprezowicza do zachowania odpowiedniego do pory dnia. Sporadyczne przyjęcia zazwyczaj są tolerowane, ale przekształcanie swojego lokum w dyskotekę już nie.

To tylko bardzo uogólniony zbiór ludzkich zachowań, które szczególnie negatywnie działają mi na nerwy. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Nie jest to jednak celem tego cyklu. Chciałem podzielić się swoimi spostrzeżeniami odnoszącymi się do codziennej koegzystencji z innymi ludźmi. Mam nadzieję, że posłuży on jako swoisty drogowskaz, czego nie należy pod żadnym pozorem robić.

niedziela, 16 lutego 2014

Codzienny savoir - vivre w praktyce cz. I



Dzisiaj nie sposób uniknąć przymusowej koegzystencji w grupie. Pragnienie poszerzania swojej wiedzy, dostępu do najnowszych zdobyczy techniki lub fachowych usług (choćby opieki zdrowotnej) wymusza na wielu ludziach życie w społeczności ludzkiej. Niestety praktyka takich stosunków niejednokrotnie przekonuje o ich bezsensowności (w przypadku, jeżeli pragniemy zachowywać się uczciwie). Na naszej drodze spotykamy mnóstwo osób nieuprzejmych (czasami zachowujących się po prostu po chamsku), nieuczciwych (potrzeba naprawdę niewielu drobnych gestów, aby zapewnić drugą stronę o naszym szacunku) itd. Nie możemy niestety nic poradzić na rosnącą barbaryzację obyczajową naszych ziomków. Z roku na rok coraz mniejszą wagę przykłada się do podstawowych wartości, jakimi powinni kierować się wszyscy (nie tylko osoby publiczne). Nasza codzienność byłaby znacznie bardziej wesoła, gdybyśmy zadbali o nasze właściwe zachowanie. Jestem osobą bardzo konsekwentną, a przy tym szczególnie wyczuloną na działania innych naruszające moją prywatność. Oto kilka zachowań, które szczególnie działają mi na nerwy.

 Lubię spędzać czas w zaciszu własnego mieszkania. Jest to dla mnie prawdziwa świątynia, w której odpoczywam, pracuję, uczę się. Z uwagi na wrodzone zamiłowanie do dużych aglomeracji miejskich (wynika to z prostego założenia: duże miasto = całe mnóstwo możliwości), pomieszkuję w zbiorczych budynkach mieszkalnych (czyt. blokach, kamienicach). Oznacza to dzielenie domu z całą masą innych osób. Niestety lata doświadczeń uświadomiły mi, że szansa na cichych, miłych, spokojnych sąsiadów jest nikła. Bardzo irytuje mnie zwyczaj pozostawiania śmieci (na szczęście w zawiązanych workach) na klatce schodowej. Nie rozumiem, dlaczego ludzie nie znajdują kilku minut na umieszczenie ich w stosownym pojemniku, a jedynie symbolicznie pozbywają się ich, wynosząc za własny próg. Nie wygląda to apetycznie (w miesiącach letnich unoszące się znad odpadów aromaty wypełniają cały pion, odstraszając swoją wonią nawet najbardziej wytrwałych doręczycieli).

Kolejną kwestią jest niezamykanie drzwi wejściowych do klatki schodowej. Rozumiem, że kiedy temperatury przekraczają optymalne wartości, ludzi nachodzi chęć zapewnienia sobie, choćby chwilowego, chłodu. Niestety ten komfort kończy się często infiltracją budynku przez różnego rodzaju szkodniki (myszy, psy, szczury itp.). Często także zmienia nasz wspólny przedsionek w publiczną toaletę dla bezdomnych lub wracających z alkoholowych libacji pijaków. Warto też wspomnieć o tym, iż polityka otwartych drzwi może zachęcić pewne subkultury do skorzystania z okazji na darmowe miejsce służące spokojnej konsumpcji alkoholu, wyrobów tytoniowych. Uwielbiam sytuację, kiedy po ciężkim dniu wchodzę do budynku, a moją twarz owiewa chmura cuchnącego dymu papierosowego… Do pełni szczęścia brakuje tylko kogoś, kto zionąc zapachem etanolu, zapyta mnie o zawartość moich kieszeni. Przeraża mnie ten zatrważający brak wyobraźni.

Czasami nawet mnie przytrafia się dzień wolny, podczas którego uwielbiam zrelaksować się przy dobrej książce, konsumując jakieś wyśmienite danie. Stanowi to dla mnie swoistą odmianę medytacji. Mój umysł ogarnia błogi spokój i słodkie uczucie (wym. „umami”, „poczucie szczęścia”). Z tego błogostanu wyrywają mnie niestety rzemieślnicze zapędy moich sąsiadów. Ponoć każdy chociaż raz w życiu zetknął się z domorosłym majsterkowiczem, który całymi godzinami potrafi intensywnie przebudowywać swoje lokum przy pomocy rozmaitych narzędzi. Czasami z niedowierzaniem pytam samego siebie: Ileż można wiercić?! Znam wiele przykładów bardzo wymagających wnętrz pełnych kątów, rowków, ścianek działowych itd. Szczerze jednak wątpię, aby odpowiedzialni za remontowe hałasy poświęcali swój cenny czas na takie artystyczne instalacje. Podejrzewam, iż to nowy rodzaj sportu (skoro są zawody dla drwali, to czemu nie miałoby być ich dla operatorów wiertarek?). Istnieje też możliwość spotkań towarzyskich, w czasie których goście porównują zakupiony sprzęt budowlany w praktyce (wiercąc, a następnie łatając wykonane otwory). Nie znajduję innego wytłumaczenia dla tych domowych placów budowy.

Kiedy już uda mi się opuścić miejsce zamieszkania, objawia się przede mną zupełnie nowa gama karygodnych (z mojego punktu widzenia) zachowań. Sygnalizacja świetlna została stworzona z myślą o ograniczeniu liczby wypadków. Większość przechodniów nie zdaje sobie z tego sprawy, mknąć przed siebie na złamanie karku, aby tylko zaoszczędzić kilka minut cennego czasu (jak gdyby nie można było po prostu zwlec się z posłania ciut wcześniej). Sam czasami stoję przed jezdnią przez długie minuty (mimo chłodu, deszczu, upału), pomimo braku nadjeżdżających pojazdów. Powstrzymuje mnie jedynie czerwona barwa światła dedykowanego pieszym (czasami jest to stojący na baczność ludzik). Chodzi jednak o zasady. Często biegłem, aby zdążyć na umówione spotkanie, ale zawsze starałem się zachować minimum przyzwoitości, podporządkowując się regułom ruchu drogowego. Uważam, iż w starciu z ważącym ponad tonę pojazdem nie należy udawać nonkonformisty. Oczywiście nie dotyczy to samobójców (ale dlaczego nie mogą oni odejść spokojnie z dala od innych, zamiast angażować w swój proceder niewinnych kierowców).

Odkąd sięgam pamięcią nasza piękna stolica (naprawdę lubię to miasto) jest rozorana przez dziesiątki remontów. Zupełnie tak, jakby znudzeni robotnicy przenosili się z miejsca na miejsce zgodnie z jakimś zwariowanym schematem. Rozumiem przecież konieczność wymiany nawierzchni (po co w końcu budować porządne drogi, skoro łatanie tych tandetnych zapewnia kilku pokoleniom zajęcie), konstrukcji (np. mostów). Można jednak robić to zgodnie z jakimś planem, dzięki któremu nie utrudnimy życia mieszkańcom. Przykład? Remont Trasy AK. Zamknięto dojście do komunikacji Parku Kaskada lewą stroną ulicy (wygodne chodniki, schodki), stawiając znak o konieczności przejścia prawym skrajem. Niestety tam znajduje się jedynie wydeptana w błocie ścieżynka (o tej porze roku trudne do przebycia mokradła). Ułożenie kilkudziesięciu kawałków kostki brukowej jest przecież zbyt kosztowne. Niech ludziska się trochę potrudzą – wyjdzie im to na zdrowie. Nie wspomnę już o błocie z placu budowy, które wylewa się na okolice, brukając krajobraz. Czystość, porządek nie jest najwyraźniej domeną naszych drogich budowlańców.

Uwielbiam zwierzęta. Szczególnym szacunkiem darzę psy, przedkładając ich towarzystwo nawet nad kocie (doceniam zalety kotów, ale zbyt często spotykałem okazy bardzo leniwe lub zbyt złośliwe). Sam marzę o posiadaniu własnego czworonoga, chociaż z racji braku czasu oraz odpowiednich warunków stale odwlekam zakup. Na szczęście codzienne spacery po mieście zapewniają mi możliwość obcowania ze światem przyrody. W drodze do autobusu, metra, tramwaju przechadzam się pośród dziesiątek parujących psich kup. Nie twierdzę, iż sprzątanie ich należy do przyjemności (mało ludzi gustuje w macaniu odchodów). Jednak skoro ktoś wyprowadza swojego psiaka, to powinien zadbać o krajobraz po jego wizycie. O ile mocz oddany na drzewo specjalnie nas nie razi, o tyle dorodna brązowa instalacja ustawiona na środku chodnika potrafi zirytować.

Kiedy dotrzemy już do odpowiedniego środka komunikacji miejskiej spotykamy się z bardzo sympatyczną modą polegającą na tarasowaniu wejść. Oczywiście wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w środku znajdują się ludzie pragnący wyjść z pojazdu. Może by tak stanąć z boku, pozwalając im swobodnie go opuścić? Po co! Ustawmy się centralnie przed drzwiami, aby gdy tylko się otworzą, wepchnąć się do środka, roztrącając wysiadających. Musimy przecież zająć strategiczne pozycje, wyprzedzając konkurencję. Moi drodzy – to nie są zawody! Ileż to już razy widziałem na twarzach tych ludzkich taranów uśmieszek (coś w rodzaju: Ha! Wygrałem, frajerzy!). Przeraża mnie to, że dotyczy to nie tylko młodych osób. Można przecież zatarasować przejście szturmującemu wnętrze młodzieńcowi (najczęściej potulnie się wycofa), ale konfrontacja ze staruszką uzbrojoną w laskę może skończyć się lawiną inwektyw pod naszym adresem.

Wielokrotnie byłem zmuszony wyjść bez spożycia stosownego śniadania. W takiej sytuacji przed niechybną śmiercią głodową mogła uratować mnie tylko kupiona po drodze drożdżówka lub kanapka. Zawsze czułem się skrępowany, jedząc cokolwiek w podróży. Zupełnie nie przeszkadza mi konsumpcja na korytarzu, parkowej ławce, sali restauracyjnej, ale pochłanianie żywności np. w autobusie uważam za lekkie faux pas (kuszenie otoczenia widokiem smakowitego smakołyku). Jeśli już ktoś hołduje takim zwyczajom, powinien zadbać, by środek komunikacji po jego wizycie nie przypominał podłogi taniego baru ulokowanego w pobliżu dworca kolejowego. Można przecież zjeść nawet bardzo kruche ciastko francuskie bez zaśmiecania wszystkiego dookoła okruszkami. Przede wszystkim jednak należy zutylizować opróżnione opakowanie. Nie przepadam za widokiem butelek, papierków, puszek powciskanych między oparcia foteli albo wkopanych pod siedzenie. Wystarczyłoby przecież wyrzucić je do stojącego na każdym przystanku kosza.

Coraz częściej stykam się z zanieczyszczeniami akustycznymi. Nie chodzi tu tylko o ludzi nie mogących się powstrzymać od głośnych rozmów przez telefon, kiedy wokół panuje ogromny ścisk. Nawet stojąc kilka metrów dalej, można usłyszeć głos rozmówcy płynący z głośnika. Takie rozwiązanie nie zapewnia komfortu potrzebnego do przeprowadzenia swobodnej konwersacji, a jedynie przeszkadza otoczeniu w cieszeniu się przejażdżką pośród pięknych okoliczności przyrody. Innym czynnikiem zakłócającym spokój są uliczni grajkowie. Przykre jest to, iż nie są to apetycznie zbudowane wokalistki w kusych strojach bądź wygimnastykowane basistki ze wzmacniaczami zamocowanymi na plecakach. Zazwyczaj mamy do czynienia z brodaczami grającymi skoczne melodie na akordeonach, zbierającymi datki poprzez skomplikowany system małoletnich pomagierów wyposażonych w plastykowe kubeczki. Regulamin przewozu osób powinien posiadać podpunkt dedykowany takim osobistościom – przewożenie instrumentu jest tolerowane (granie na nim już nie). Sympatycznym akcentem są również młodzi ludzie zmuszający nas do słuchania wyselekcjonowanych przez nich utworów (tzw. didżeje bez słuchawek). Próżno spodziewać się wykonań orkiestr symfonicznych czy klasyków muzyki poważnej (marzę o spotkaniu kogoś katującego uszy tychże muzyków najsłynniejszymi dziełami Chopina, Moniuszki albo Wagnera).

Wiecie, że komfortowa odległość od innej osoby wynosi pół metra? Naruszanie tej strefy komfortu jest odbierane za poważny afront i zastrzeżona jest z reguły jedynie dla osób nam bliskich. Oczywiście w godzinach szczytu należy przygotować się na tłumy ludzi oraz wszędobylski ścisk zmuszający nas do przyklejania się do ścian (tzw. jazda na glonojada). Zdarzają się niestety sytuacje, w których jesteśmy przez kogoś osaczani mimo ogromnej ilości wolnego miejsca dookoła. Do tego to ustawiczne kopanie naszych stóp przez kogoś siedzącego z tyłu (poczuł nagle przemożną chęć wyprostowania swoich kończyn dolnych, nie zwracając uwagi na współtowarzyszy podróży). Czasami można usłyszeć magiczne słowo przepraszam, ale są to wyjątki potwierdzające regułę. To samo tyczy się czytania przez ramię. Jeśli dysponujemy dobrym wzrokiem, możemy umilić sobie podróż korzystając z otwartej książki, włączonego czytnika. Staje się to trudniejsze, gdy cierpimy z powodu jakiejś wady wzroku – bezczelne nachylanie się nad kimś wygląda przekomicznie (można byłoby to znieść, gdyby czytająca była sympatyczną młodą dziewczyną z głębokim dekoltem). Bardzo denerwuje mnie zasypianie kogoś siedzącego obok na moim ramieniu. Abstrahując od możliwości zarażenia się jakąś przypadłością skórną (łupież, wszawica itp.), takich zachowań oczekuję od swojej dziewczyny (i to nie po pierwszej randce), a nie zaspanego mężczyzny w średnim wieku. Na koniec rozważań o zachowaniu bezpiecznego dystansu mała rada – szczotkowanie zębów należy uzupełnić o ich nitkowanie (zwłaszcza, kiedy mamy za sobą spożycie jakiejś łykowatej, włóknistej potrawy). Dlaczego? Łatwo można wyczuć w oddechu stojącego tuż obok człowieka zapach gnijących resztek żywności tkwiących w szczelinach międzyzębowych.

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek, że w trakcie podróży poczuliście intensywny nacisk na pęcherz wymuszający konieczność ulżenia sobie w procesie mikcji? Każdy dworzec czy stacja benzynowa zaopatrzone są w toaletę. Z radością zmierzamy w stronę pomieszczenia oznakowanego charakterystycznym napisem WC, mając nadzieję na szybkie rozwiązanie problemu. Niestety tuż za progiem wita nas widok kontrolera (lub automatycznej bramki) wymagającego od nas uiszczenia stosownej opłaty za skorzystanie z wychodka. W dobie pieniądza elektronicznego możemy zostać dotknięci deficytem bilonu. Mamy dwa wyjścia: zapłacić horrendalną cenę za pojedynczą wizytę (2 zł to przesada nawet przy uwzględnieniu kosztów wody, zużycia parku maszynowego) lub powrócić do tradycyjnej metody wykorzystującej łono natury (wizyty w krzakach są bardzo popularne nawet w dużych miastach). Druga opcja może skończyć się mandatem wystawionym przez służby porządkowe.

Wyobraźcie sobie, że po ciężkim dniu w pracy rozkoszujecie się lekturą ulubionej książki, kiedy nagle z wyimaginowanego świata wykreowanego przez autora wyrywa nas soczyste przekleństwo przechodnia. Sytuacja w naszym kraju pogarsza się coraz bardziej, co wiąże się niestety ze znacznym wzrostem liczby wulgaryzmów w mowie codziennej. Są one nieodzowne w pewnych sytuacjach (np. kiedy na nogę spada nam garnek z wrzątkiem), ale zdecydowanie ich nadużywamy. Beztrosko zastępujemy nimi znaki interpunkcyjne, co tworzy przezabawne zlepki językowe. Problem w tym, że słyszymy je z ust coraz młodszych przedstawicieli naszego społeczeństwa. Istnieje przecież wiele ciekawych konstrukcji słownych wyrażających nasze niezadowolenie, zniecierpliwienie. Do ich poznania potrzeba jednak sprawnej edukacji, a ta w tym kraju kuleje.

W filmie Pearl Harbor z 2001 r. możemy zapoznać się z grą w cykora. Zabawa polega na nalocie z pełną prędkością na samolot kolegi. Osoba, która jako pierwsza zrobi unik, przegrywa (ostatecznie odznacza się wyjątkowym tchórzostwem, unikając pewnej śmierci w powietrznej kolizji). Niejednokrotnie doświadczam czegoś podobnego na naszych chodnikach, ulicach. Idąca z naprzeciwka osoba tarasuje nam drogę. Ta próba sił kończy się z reguły próbą wyminięcia w ostatniej chwili, co czasami zajmuje kilka chwil (skręcasz w prawo, a ona w lewo – sytuacja powtarza się kilkukrotnie). Wystarczyłoby przecież jedynie lekko skorygować kierunek marszu, aby takiej sytuacji uniknąć. Takie komunikacyjne zatory zdarzają się również na schodach (ponoć przynosi to pecha). Od czasu do czasu na naszej drodze spotykamy osoby rozdające ulotki. Niektórzy z nich robią to tak nachalnie (chociaż widzą, że mamy zajęte obie dłonie, nadal wciskają nam swoje materiały promocyjne), iż tracę resztki wrażliwości na ich los (wielogodzinne wystawanie pod gołym niebem potrafi solidnie dać się we znaki).

Po wielu trudach docieramy do upragnionego celu podróży (pracy, szkoły). To niestety nie koniec irytujących zachowań ze strony innych.

środa, 12 lutego 2014

Codzienny savoir - vivre w teorii



Przeglądając wyeksponowane na księgarnianych półkach pozycje, odnaleźć możemy wiele podręczników traktujących o dobrych manierach, zasadach zachowania przy stole w czasie konsumpcji posiłku. Czy znajomość ustalonych przez ekspertów norm świadczy o dobrym wychowaniu danej osoby? W życiu codziennym mijamy dziesiątki, setki, jeśli nie tysiące ludzi. Obserwacja ich zachowań jest dowodem, że pomimo szeroko popularyzowanych reguł savoir – vivre (fr. „savoir” oznacza „wiedzieć”, a „vivre” – żyć” , co w sumie oznacza „znajomość życia”) wielu z nas zachowuje się w sposób gorszący otoczenie. Nie mówię tu o bezdomnych kloszardach, których los zmusił do życia bez codziennej higieny (chociaż widuje ich czasami korzystających ze źródeł wody oligoceńskiej w charakterze prysznica; w schroniskach dla bezdomnych dostępne są łaźnie – oczywiście by z nich skorzystać, należy być trzeźwym, co w przedbiegach eliminuje większość zainteresowanych). Każdy z nas popełnia gafy, spiesząc się lub dokonując ich w stanie roztargnienia (zamiennie z upojeniem alkoholowym, wycieńczeniem). Pozwolę sobie przedstawić kilka wskazówek z opasłych tomiszczy o manierach w zależności od regionu (część pierwsza cyklu), a także podzielę się spostrzeżeniami z codziennej koegzystencji z innymi (druga odsłona).

Pierwsze prace teoretyczne określające normy zachowań powstawały już 3 tys. lat temu. Do naszych czasów zachowały się Sentencje Ptahhotepa, stworzone przez egipskiego skrybę na zlecenie jednego z arcykapłanów zespołu świątyń w Tebach. Odnajdujemy w nich praktyczne porady dotyczące zachowania odpowiedzialnego obywatela (zalecenia obejmują kontrolę nad samym sobą, uczciwość, uprzejmość w stosunku do niżej urodzonych). Jednocześnie autor stwierdza, iż lepiej jest uważnie słuchać swojego rozmówcy, co ma pomagać w unikaniu konfliktów. Podobne zasady w swoich dziełach starał się przekazać chiński filozof Konfucjusz (szczególnie cenił moralność rządzących, poprawność stosunków społecznych). W Wielkiej Brytanii (już od końca XVI w.) bardzo modne były kluby dżentelmenów (ang. Gentlemen’s club) zszarzające panów spełniających określone standardy kulturowe, majątkowe. Oświecenie przyniosło pewną zmianę w postrzeganiu dobrego wychowania. Wszystko za sprawą burżuazji dążącej usilnie do asymilacji z arystokratyczną elitą. Zamożna klasa średnia zaczęła pobierać lekcje dworskiej etykiety, doskonaląc kontrolę nad własnymi emocjami, sztukę konfekcjonowania odzieży, uprzejme zachowanie. Z czasem zaczęto publikować artykuły w coraz popularniejszych gazetach, co znacząco zwiększyło krąg odbiorców tych nauk. 

„Maniery” jednoznacznie określają, jakie zachowanie jest dobre lub złe w kontekście społecznym. Oczywiście każda kultura wykształciła własne zbiory takich porad, ale wiele z nich ma wydźwięk multikulturowy, uniwersalny. Socjologowie doszukują się ich źródeł w przypisywaniu im elitarności – dawniej były zastrzeżone tylko dla wąskiego grona arystokracji skupiającej w swoich rękach całość władzy. Niżej urodzeni ze wszystkich sił starali się awansować w drabinie społecznych zależności, choćby poprzez naśladowanie zachowań szlachty. Z czasem maniery miały spajać społeczeństwa, zacierając różnice klasowe, co miało poprawiać produktywność ludzi. Zgodnie z teoriami antropologii lokalne etykiety miały pomagać w utrzymaniu odrębności danej społeczności (chodziło również o kultywowanie tradycji). Ewolucjoniści uważają maniery za naturalną konsekwencję rozwoju cywilizacyjnego danego gatunku – mają one odróżniać go od reszty świata ożywionego, dając poczucie wyższości.

W zależności od sfery życia, jakiej dotyczą określone normy zachowań, maniery możemy podzielić na: higieniczne (mają one za zadanie ograniczyć rozprzestrzenianie się chorób; powstały bardzo wcześnie, tj. w momencie zrozumienia mechanizmów rządzących procesami epidemiologicznymi; zyskują na znaczeniu w otoczeniu dzieci szczególnie wrażliwych na czynniki chorobotwórcze), kurtuazyjne (chodzi o przedkładanie interesów innej osoby ponad swoje własne, co ma być dowodem na doskonałą samokontrolę oraz dobre intencje w relacjach międzyludzkich; pozwalają zmaksymalizować korzyści płynące z życia w grupie; ludzie zazwyczaj uczą się ich w okresie dojrzewania) oraz społeczne (wyznaczając linie określające indywidualną osobowość w specyficznej grupie społecznej – stwarza granice, mówiące, kogo obdarzamy zaufaniem, a kogo nie).

Afryka

Drugi co do wielkości kontynent na świecie jest podzielony pomiędzy wpływy kultury judeochrześcijańskiej (byłe kraje kolonialne) oraz muzułmańskiej. Ludność prowincji często wierzy w działanie złych duchów, magii itp., przez co nawet ludzie piastujący zaszczytne funkcje społeczne korzystają z pomocy specjalnych amuletów odstraszających złe moce. Równie popularne jest rzucanie klątw na znienawidzonych sąsiadów. W życiu codziennym bardzo uświęconą czynnością jest spożywanie posiłków (z uwagi na wieczny niedobór żywności), chociaż zazwyczaj przebiega ono w zupełnej ciszy (jeśli nie liczyć mlaskania, siorbania itd.). Najważniejszym posiłkiem jest obiad, a najmniejszym kolacja. Zawsze pytajmy o pozwolenie wykonania fotografii, gdyż możemy narazić się na nieprzyjemności. Afrykańczycy są bardzo pogodnym narodem, dlatego starajmy się prowadzić zabawną konwersację okraszoną dowcipami. Jednocześnie nigdy nie starajmy się wymuszać jednoznacznych odpowiedzi („nie”/„tak”), uznawane jest to za wysoce niegrzeczne.

Ameryka Łacińska

Latynosi są bardzo wyczuleni na kwestie religijne. Niezależnie od wyznania autochtoni (głównie z części kontynentalnej – wyspiarze są bardziej świeccy) wymagają poszanowania ich zapatrywań, chociaż w zamian bardzo szybko pomagają cudzoziemcom w aklimatyzacji, nie zważając na pochodzenie. Otrzymane prezenty należy rozpakowywać natychmiast (jeszcze w towarzystwie dającego). W Argentynie mężczyźni witają się pocałunkiem wymierzonym w policzek. Powinniśmy unikać rozprawiania o Wielkiej Brytanii czy Falklandach. Bardzo ryzykowną rozrywką jest opowiadanie rasistowskich dowcipów (szczególnie tych odnoszących się do barwy skóry). Liczba „24” jest przypisywana osobom homoseksualnym, więc posiadanie jej (np. w formie nadruku na koszulce) może skończyć się ciężkim pobiciem w niektórych dzielnicach. Latynosi słyną ze swojej towarzyskości oraz zamiłowania do tańca towarzyskiego (np. salsy). Jednak nie akceptują zbytniej poufałości pomiędzy niespokrewnionymi ze sobą ludźmi. Część tradycyjnych potraw kuchni meksykańskiej (tj. churros, tacoc, tortas) należy spożywać jedynie palcami – używanie sztućców do ich konsumpcji uchodzi za komiczne. W towarzystwie (nawet bardzo licznym) należy przywitać się z każdym, zaczynając od najstarszych gości. 
 
Ameryka Północna

Istotną kwestią codziennych zachowań jest prywatność oraz przestrzeń osobista. Przyjęło się, że rozmowa powinna toczyć się w odległości wyciągniętej ręki (to strefa komfortu). Naruszenie niewidocznej granicy może być uznane za zachowanie wyzywające. Z uwagi na liberalne podejście do zagadnienia obrony koniecznej, należy wystrzegać się zbyt pochopnego skracania dystansu (chyba, że mamy pod ręką ochraniacz na szczękę). Amerykanie unikają publicznego krytykowania swojego otoczenia, dlatego też nie zostaniemy poprawieni nawet w momencie okrutnego kaleczenia języka. Często można spotkać się z uśmiechającymi się do nas nieznajomymi – nie ma nic sztucznego w takim zachowaniu (chodzi o deklarację dobrych intencji) – w takiej sytuacji winniśmy odwzajemnić gest (nie traktując tego w kategorii flirtu). Jeśli przyjedzie nam wręczać komuś prezent, nie odklejajmy z niego ceny i dołączmy dowód zakupu. Pozwala to na wymianę niechcianych darów bez konieczności obrażania darczyńcy. W przypadku otrzymania zaproszenia należy bezwzględnie (możliwe najuprzejmiej) odpowiedzieć (nawet, jeśli nie zamierzamy z niego skorzystać). Czasami zawierają one wskazania odnośnie spodziewanych podarków (np. „tylko upominki pieniężne” lub „żadnych prezentów, proszę”). Osobę towarzyszącą możemy zabrać tylko, gdy nasze zaproszenie uwzględnia dodatkowego gościa. Odpowiedzi powinno się napisać własnoręcznie. Listy z podziękowaniami są czymś powszechnym. 

Australia

W krainie kangurów istnieje wiele specyficznych zwrotów językowych powstałych w ciągu wielu lat przekształceń. W sklepach pieniądze przechodzą z rąk do rąk z pominięciem procesu układania ich na ladzie. Kelnerzy nie oczekują napiwków, a sam zwyczaj ich pozostawiania może być źle zinterpretowany. Zazwyczaj są one wszystkie umieszczane w specjalnym słoiku służącym do rozmieniania banknotów o dużych nominałach na bilon. Australijczycy unikają publicznego narzekania (nawet w przypadku wyjątkowo ohydnego posiłku serwowanego w danej knajpce). Różnice etniczne są często pomijane ze względów kurtuazyjnych.

Azja

Kontynent azjatycki przytłacza nie tylko swoimi rozmiarami, ale i różnorodnością. W Indiach społeczeństwo podzielone jest na kasty, więc warto pamiętać o szacunku dla ludzi starszych (afrontem jest siadać, gdy starsi od nas stoją). Podobnie rzecz ma się z manierami japońskimi. Część ceremonii pogrzebowych zakłada przeszukanie popiołów w poszukiwaniu kości – dwoje członków najbliższej rodziny może zabrać po jednej na szczęście (to jedyny moment, kiedy dwójka ludzi może korzystać z jednej pary pałeczek). Same pałeczki odgrywają istotną rolę w życiu codziennym. Wskazywanie nimi na cokolwiek, pozostawianie ich w jedzeniu uznawane jest za faux pas. Ludzie zamożni obnoszą się ze swoim bogactwem, co nie uchodzi za pyszałkowatość. Buty oczywiście zdejmujemy przed wejściem do części mieszkalnej domostw. Azjaci do dzisiaj pozostają pod wpływem głęboko zakorzenionych w kulturach przesądów, zabobonów (dotyczy to również ludzi bardzo wykształconych). W zależności od regionu musimy zaznajomić się z lokalnymi obyczajami. W Indonezji wszelkie czynności zakładające interakcje (ściskanie dłoni, wręczanie podarków itp.) winny być wykonywane wyłącznie prawą ręką (nawet w przypadku mańkutów). Śmiech jest raczej oznaką uczucia dyskomfortu, zdenerwowaniu, niż wesołości. W Korei unika się cyfry „4”, uznając ją za wyjątkowo pechową. Z Turcji pochodzi słynny przesąd o związku złego losu z otwieraniem parasola wewnątrz budynku. Będąc w restauracji, nie pozwólmy gospodarzom płacić za zamówione przez nas potrawy. Zezwolenie na opłacanie swoich rachunków wiąże się z „utratą twarzy” i obniżeniem statusu społecznego. Jeśli chcemy zyskać przychylność mieszkańców, nie obawiajmy się hojności.

Bliski Wschód

Świat arabski rządzi się prawami religijnymi zapisanymi w Koranie. Islamska etykieta obejmuje nie tylko schematy zachowań w czasie uświeconym, ale również zasady dobrego wychowania, etyki, moralności itd. W krajach umiejscowionych na Bliskim Wschodzie możemy zapomnieć o spożyciu wieprzowiny, gdyż jej uzyskiwanie wiąże się całym szeregiem restrykcji. Publiczne okazywanie czułości pomiędzy osobami niezwiązanymi węzłem małżeńskim jest nie tylko nietaktem, ale także zachowaniem gorszącym (grożą za nie sankcje). Bardzo popularnym napojem jest kawa parzona na turecką modłę. W Iranie powinniśmy wystrzegać się unoszenia kciuków, co odbierane jest, jako gest niezwykle obraźliwy. W krajach arabskich nie oddziela się życia zawodowego od prywatnego, dlatego też praca wiąże się z honorem, koligacjami rodzinnymi, relacjami między konkretnymi osobami, zaufaniem.

Europa

Do dobrego tonu należy własnoręczne pisanie listów (nie wypada jedynie sygnować czyjejś pracy tylko naszym podpisem – powinien on być w całości odręczny). W zależności od języka używamy różnych zwrotów grzecznościowych w stosunku do ludzi obcych bądź posiadających wyższą pozycję (zbytnie spoufalanie się może zostać odebrane jako celowy afront). Wszystko zależy od norm panujących na danym obszarze (czasami stosowanie tytułów może kogoś obrazić utrzymywaniem zbyt dużego dystansu). Dobór zwrotu powinien być uzależniony od stopnia zażyłości danej relacji (imiona lub nazwiska nie powinny być stosowane zamiennie). Szczególną uwagę należy poświęcić kwiatom – niektóre mają zdecydowanie negatywne skojarzenia (np. chryzantemy zwyczajowo towarzyszą ceremoniom pogrzebowym, a żółte kwiaty są synonimem nieuczciwości). W epoce wiktoriańskiej opracowano specjalny język oparty na wręczanych kwiatach (koszyk róż zastępował propozycję zawarcia małżeństwa). Wielu Europejczyków uznaje noszenie nakryć głowy w budynkach użyteczności publicznej, kościołach, szkołach za wysoce niestosowne (brak szacunku dla danej instytucji, właściciela). Zdejmowanie kapelusza jest oznaką głębokiego szacunku. W większości krajów niegrzecznie jest zdejmować obuwie bez wyraźnego polecenia gospodarza (wyjątkiem objęte są dzieci oraz okresy jesienno – zimowe). Dobrze wychowanym ludziom nie przystoi rozmawiać o pieniądzach (np. wysokości pensji). Dotyczy to również zaburzania układu w kolejkach. Nie należy też publicznie eksponować genitaliów lub odbytu. Nagość nie jest mile widziana (poza np. karmieniem dzieci piersią). 

Podróż powinniśmy rozpocząć od gruntownego zapoznania się ze zwyczajami obowiązującymi w danym państwie. Lokalne społeczności zazwyczaj posiadają odrębne normy, więc nie obędzie się bez doświadczonego (najlepiej poleconego) przewodnika turystycznego. Pamiętajmy także o poznaniu podstawowych zwrotów (choćby w stopniu umożliwiającym zapytanie o drogę do polskiego konsulatu). Przyzwyczajonym do rodzimej etykiety Europejczykom nie trudno obrazić gospodarzy w czasie zamorskich wojaży (masakrę Indian możemy uznać za takowe faux pas). Warto okazać szacunek swoim dobrodziejom (ostatecznie zostaliśmy wpuszczeni na terytorium obcego kraju), nie zyskując miana nieokrzesanego barbarzyńcy.