Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

Codzienny savoir - vivre w praktyce cz. II



Z ogromnym bólem serca muszę przyznać, że po dotarciu na uczelnię lub do pracy szara rzeczywistość wcale nie nabiera kolorów. Nadal jest ponura, a otaczający nas ludzie stale dostarczają nam powodów do westchnień niedowierzania bądź gniewnego zaciskania pięści. Najczęściej są to zwykłe drobnostki, na które większość ludzie stara się nie zwracać uwagi. Czasami jednak nasz nastrój skłania nas do odnajdywania najdrobniejszych szczegółów odbiegających od ustalonych norm. Człowiek w swojej naturze jest istota łaknącą ładu, porządku. Tolerancja na ludzką głupotę jest odwrotnie proporcjonalna do naszego samopoczucia – nie ma w tym nic dziwnego, zdrożnego. Z doświadczenia wiem, że niekiedy milczenie w sytuacjach zakrawających o bożą interwencję jest trudniejsze od przebiegnięcia maratonu. Warto jednak się powstrzymać, co pozwoli nam zaoszczędzić nieco gotówki tytułem nieuzyskania mandatu za wszczęcie awantury.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie nie dbają o porządek w swoim najbliższym otoczeniu. Czy życie w zaśmieconym pokoju może być radosne? Jak pracować, kiedy na biurku walają się sterty śmieci, a podłoga lepi się od nagromadzonego przez wiele dni brudu? Zdecydowanie daleko mi do idealnej pedanterii, ale zawsze dbam o swoje stanowisko pracy. Nie uznaję magazynowania kompletów zastawy stołowej z zamiarem ich późniejszego umycia. Nie sugeruję, aby od razu po spożyciu posiłku mknąć do kuchni. Należy to jednakowoż zrobić, zanim przyjdzie kolej kolejnego posiłku. To tylko podstawowe zasady higieny. Wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji, kiedy idący człowiek przechodzi obojętnie nad puszką po napoju gazowanym leżącą na środku korytarza. Tuż obok stoi pojemnik na odpady, ale wydaje się być on niewidoczny dla przechodnia. Może chodzi o brak stosownej zapłaty za wysiłek, jakiego wymagało wrzucenie natrętnego śmiecia do kosza? Dla mnie czysta przestrzeń dookoła jest wystarczającą rekompensatą. Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile razy dziennie zmuszeni jesteście mówić: Dzień dobry? To bardzo sympatyczny zwyczaj, ale w większości przypadków zbędny. Nie mamy obowiązku witać się z innymi pasażerami windy, ani dziękować im za wspólną podróż (ostatecznie nie jest ona zależna od nas). W przypadku codziennych pozdrowień najlepiej kierować się zdrowym rozsądkiem, okazując szacunek tym, którzy na niego zasługują (chyba, że okoliczności wymagają od nas kurtuazji względem osoby nam nieznanej).

W czasie swojej edukacji często spotykałem się z rażącymi przykładami braku szacunku dla czyjejś ciężkiej pracy. Dotyczy to głównie osób głośno dyskutujących w czasie wykładów (są to dobrowolne zajęcia, więc udział w nich ma charakter nieobowiązkowy). Rozmowy prowadzone szeptem są oczywiście tolerowane (nie zakłócają one niczyjego spokoju), ale żarliwe debaty prowadzane niekiedy pomiędzy rzędami są zdecydowanie poniżej poziomu, jaki powinni reprezentować studenci studiów wyższych. Jeśli istnieją kwestie wymagające natychmiastowego wyjaśnienia, można je omówić w jednej z wielu warszawskich kawiarni (po co przeszkadzać innym). To samo tyczy się książek pożyczanych z publicznych bibliotek. Dlaczego ludzie je niszczą? Czy zapewnienie bezpieczeństwa pojedynczego tomu naprawdę przekracza możliwości dorosłego przedstawiciela naszego gatunku? Nie rozumiem też, o co chodzi z tymi notatkami nanoszonymi na stronice z pomocą długopisu (sic!) lub ołówka. Czy nie prościej wynotować sobie wybrane informacje? Przypatrując się swoim towarzyszom wielokrotnie śmieszył mnie zwyczaj bezmyślnego odpisywania pracy kolegi z pominięciem jakiegokolwiek zabiegu zmieniającego treść, układ na stronie. To przecież nie jest niczym trudnym (każdy ma unikatowy styl wypowiedzi), a sprawdzający pracę nauczyciel z pewnością ucieszy się na widok kilku różnych prac (sprawdzanie kilkunastu kopii zawierających oczywiste błędy może być przyczyną depresji).

Powrót do domu także nie należy do przyjemnych życiowych powinności. Tłumy zmęczonych całodniową aktywnością ludzi wpychają się do przeładowanych środków komunikacji miejskiej, tworząc ukochany przez wszystkich ścisk. Zmuszeni jesteśmy balansować na czubkach palców, starając się odnaleźć jakikolwiek pewny punkt oparcia. Na dodatek wdychamy zapach przepoconych ciał (dezodoranty, perfumy są przecież koszmarnie drogie, a częste mycie się, jak wiemy już od średniowiecza, szkodzi zdrowiu), różnego rodzaju potraw konsumowanych bądź przewożonych na miejsce spożycia. To wszystko tworzy niepowtarzalny klimat uatrakcyjniający naszą podróż. Inną irytującą kwestią jest zajmowanie miejsc. Dlaczego ludzie zawsze siadają w mało ekonomiczny sposób, uniemożliwiając skorzystanie z dostępnych siedzisk (siadanie na środku, unikanie miejsc pod oknami)? Sam nie cierpię przeciskać się nad czyimiś kolanami, by zdążyć wysiąść na właściwym przystanku, ale staram się zachować minimum przyzwoitości. Gorszy mnie też tendencja do obnażania swojego ciała, kiedy tylko temperatury staną się do tego odpowiednie. Nie mam nic przeciwko paniom paradującym w samych strojach kąpielowych, ale obrzydza mnie widok owłosionego faceta, którego włosie skręca się pod wpływem ciepła, wilgoci.

W Polsce nawet robienie zakupów musi doprowadzać nas do pasji. Kiedy mamy ochotę podjąć część naszej gotówki z konta bankowego za pośrednictwem bankomatu, musimy wystrzegać się innych czekających w kolejce za nami. Wiele osób nie rozumie, że należy zachować stosowną odległość, aby wypłacający nie obawiał się kradzieży (to raczej mało prawdopodobne, ale samo rozglądanie się w poszukiwaniu potencjalnego złoczyńcy może nam skutecznie obrzydzić wypłacanie szeleszczących banknotów). Godziny otwarcia sklepów (szczególnie w dni świąteczne lub niedziele) to wielokrotnie omawiany temat. Pracujący tam ludzie także mają swoje życia, ale nie zapominajmy, iż nie pracują oni codziennie w pełnym wymiarze godzin. Służby porządkowe czy transportowe nie domagają się wolnych dni, a przecież i oni musza spędzać długie godziny z dala od najbliższych. W sklepach drażnią mnie natarczywi sprzedawcy. Jestem w stanie zaakceptować powitanie połączone z ofertą pomocy, ale pracownik włóczący się za mną po sklepie, wtrącający co chwilę ugrzecznione do granic możliwości porady jest czymś nie do przyjęcia. Takie zachowania skutecznie zniechęca mnie do wydania pieniędzy w takim miejscu. Podobnie jak zaglądanie do koszyków. Skąd u ludzi taka nieznośna ciekawość, co druga osoba włożyła do sklepowego wózka? Czy na podstawie jego zawartości wyrabiają sobie opinię na temat pchających je ludzi? Z pewnością.

Minuty upływają nam w długich kolejkach sklepowych. Czasami to wina pracowników (wszyscy zeszli na zasłużoną przerwę dokładnie w tym samym momencie) lub sprzętu (awaria kasy, terminalu). Sprawcami są również sporadycznie sami klienci. Nagle przypominają sobie o konieczności zakupu mleka, więc wybiegają sprzed kasy, ruszając do stoiska z nabiałem na drugim końcu hali sprzedażowej, podczas gdy cała reszta w ogonku musi czekać. A niech sobie czekają! Zbytnia nadgorliwość bywa przyczyną zdenerwowanych ponagleń ze strony innych. Przed stanięciem w kolejce (np. przy stoisku z wędlinami), można przecież dokładnie zaplanować, jakich to produktów potrzebujemy. Dzięki temu prostemu zabiegowi nie będziemy zabierać sprzedawcy cennych minut, kiedy zastanawiamy się nad różnicą pomiędzy szynką konserwową a parmeńską. Niektóre sklepy zaopatrują kasy w specjalne kolejki, dzieląc je w zależności od rodzaju klientów (kasy pierwszeństwa dla niepełnosprawnych) lub ilości produktów (kasy ekspresowe). Niektórzy ludzie wydają się być analfabetami, kierując się do kas nieprzeznaczonych dla nich (wszystko dla zaoszczędzenia kilku minut). Szczytem chamstwa jest popychanie kogoś stojącego przed nami za pomocą swojego wózka. Za każdym razem, gdy doświadczam czegoś takiego, czuję się niczym pojmany przez wroga jeniec prowadzony na śmierć.

Nie ma chyba już dzisiaj na świecie ludzi nieposiadających przynajmniej jednego telefonu komórkowego. Wiąże się to z niebezpieczeństwem zarejestrowania połączeń przychodzących. Co zrobić jednak, kiedy dzwoni do nas ktoś z numeru zastrzeżonego? Uśmiecham się, kiedy na liście połączeń nieodebranych widniej napis: No number. W takich sytuacjach nie mam pojęcia, co zrobić, bo przecież nie mogę oddzwonić, korzystając z nieznanego mi numeru. Najczęściej naszymi stręczycielami są operatorzy telefonii komórkowej, przedstawiciele instytucji finansowych, pragnący skusić nas kolejną (specjalnie dla nas przygotowaną) ofertą. Najlepiej po prostu ignorować takie próby. Ostatecznie może być to równie dobrze jakiś psychopata nastający na nasze życie. Bardzo denerwuje mnie również zwyczaj nienagrywania się na pocztę głosową. Przecież dzięki temu będę mógł zweryfikować, czy warto się z kimś takim skontaktować. Bardzo niegrzecznie jest również nie odpowiadać na skierowane do nas krótkie wiadomości tekstowe (SMS).

Zmorą pieszych są dwie grupy innych uczestników ruchu – kierowcy rozmaitych pojazdów oraz rowerzyści. Wszyscy zachowują się z godną pożałowania lekkomyślnością, których ofiarą są zazwyczaj ci poruszający się na własnych nogach. Szczególnie w godzinach popołudniowych przetrwanie na jezdni, trotuarze może skończyć się dla nas poważną kontuzją. Ścieżki rowerowe nie występują wszędzie, ale gdy ich brakuje, rowerzyści mają prawo włączenia się do ruchu drogowego. Rozumiem strach przed takim rozwiązaniem (przeciętny samochód może beznamiętnie rozprasować takiego śmiałka), ale brawurowa jazda slalomem pośród przechodniów nie jest zachowaniem ludzi cywilizowanych. Z drugiej strony nie możemy przesadnie denerwować się na tych osobników na dwóch kółkach – oni też chcą po prostu dotrzeć na miejsce. Pragnąłbym, aby na naszych ulicach pojawiło się więcej wzajemnego zrozumienia lub sympatii (czasami warto podziękować skinieniem głowy uprzejmemu kierowcy przepuszczającego nas po zebrze).

Na pewno każdy z Was przynajmniej raz w życiu miał wątpliwą przyjemność dostrzeżenia w oknie budynku sylwetki starszej pani wspartej na poduszkach. W nocy taki widok może przyprawić co wrażliwszych o szybsze bicie serca. Czujne oczy sąsiadki z lubością monitorują okolicę w poszukiwaniu obiektu do późniejszego oplotkowania. Wystarczy wrócić później z pracy, aby przepięto nam łatkę pracoholika bez własnego życia. Ten swoisty system sąsiedzkiego systemu szybkiego ostrzegania świetnie sprawdziłby się w zwalczaniu przestępczości, ale jego potencjał marnowany jest zazwyczaj na pomówienia niewinnych osób. Czy korzystacie z portali społecznościowych? Większość z Was zapewne tak. Wiąże się to nierozerwalnie z koniecznością czytania dziesiątek bardzo wysublimowanych statusów odnoszących się do codziennych czynności (np. defekacji). Na szczęście przewidziano urocza opcję blokowania notyfikacji pochodzących od konkretnego użytkownika (coraz częściej z niego korzystam, sprowadzając rolę portalu do prasówki najważniejszych wydarzeń z interesujących mnie dziedzin). Prawdopodobnie to właśnie długie godziny spędzane przed monitorem są winne licznym spóźnieniom. Jeśli nie zjawiamy się punktualnie na wyznaczone spotkanie, okazujemy brak szacunku drugiej osobie. W sytuacjach kryzysowych (wypadek) można przecież poinformować o swojej nieobecności ze stosownym wyprzedzeniem. To nie boli! Podobnie jak połykanie śliny. Co spożywają wszystkie osoby, które nie mogą się wręcz powstrzymać od splunięcia na chodnik? Współczuję im, chociaż nie popieram takiego zachowania (szkoda, że spluwaczki wyszły z użycia jakieś dwieście lat temu).

Ważną częścią każdego współczesnego człowieka jest życie towarzyskie. Niestety coraz częściej ogranicza się ono jedynie do suto zakrapianych alkoholem libacji z losowo dobranymi ludźmi. Nie ma w tym nic złego, gdyż każdy powinien spędzać swój wolny czas w taki sposób, jaki uważa za słuszne. Smuci mnie jedynie to, iż próżno na takich przyjęciach szukać okazji do merytorycznej rozmowy. Uwielbiam dyskutować na najróżniejsze tematy, a spotkanie przeciwnika zdolnego do formułowania poprawnych logicznie argumentów zawsze witam ze szczerym uśmiechem. Zaproszone osoby bardzo często przynoszą ze sobą własne jedzenie lub trunki. Zapominają, że w takich sytuacjach należy poczęstować wszystkich zebranych (niezależnie od ilości posiadanych dóbr). W trakcie niby – rozmów (tylko tak można nazwać konwersację przerywaną ciągłymi toastami) wychodzi na jaw kolejny grzeszek. Chodzi o przerywanie wypowiedzi rozmówcy swoimi wtrąceniami. Jest dopuszczalne jedynie w ściśle określonych momentach, kiedy posiadana przez nas informacja może w znaczący sposób wpłynąć na dalszy słowotok drugiej osoby. Nagminnie korzystamy z tego przywileju, co zaburza ciąg myślowy wypowiadającego się, utrudniając właściwe sformułowanie przekazu. Na krótko przed opuszczeniem lokalu w ludziach budzą się pierwotne instynkty. Niczym wygłodniałe zombie zaczynają otumanionym wzrokiem przeczesywać pomieszczenia w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia. Wszystko, co nie zostało zawczasu przybite gwoździami do podłogi, zostanie pożarte (w niektórych sytuacjach także natychmiast zwrócone wraz z sokami trawiennymi). Objadanie gospodarzy (bez stosownego zezwolenia) jest bardzo niegrzeczne. Szczególnie jeżeli rano będą oni mieli ochotę przekąsić małe co nieco.

Czasami spotkania ze znajomymi przenoszą się do barów, klubów lub pubów. Napotkamy tam całe mnóstwo osób o różnym stanie trzeźwości umysłu. Możemy pożegnać się z konwenansami pokroju szacunku dla osób starszych. Te tętniące życiem miejsca rządzą się własnymi prawami. Przekraczając ich próg, zgadzamy się z regulaminem obowiązującym wewnątrz. Jeśli już jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności znajdziemy się w środku, musimy pogodzić się ustawicznym naruszaniem naszej prywatności (klepanie, podszczypywanie). Strefa intymna właściwie nie istnieje, a większość rozmów toczona jest podniesionym głosem. Okazjonalnie natrafić możemy na małe grupki trudniące się obgadywaniem wszystkich wokół. Osoby takie mają najwyraźniej bardzo nikłe pojęcie o akustyce, gdyż większość ich uwag (docelowo przeznaczonych wyłącznie dla znajomków) trafia do uszu osób trzecich. Stanowi to niejaką wizytówkę osoby komentującej.

Lekarze twierdzą, że każdy człowiek powinien odwiedzić toaletę przynajmniej raz dziennie (najlepiej w godzinach porannych), aby pozbyć się zbędnej (już przetrawionej) masy pokarmowej. Ludzkość wspięła się na wyżyny swojej myśli technicznej, konstruując tak wspaniałe urządzenia, jak muszla toaletowa z górnopłukiem, szczotka lub płyn do czyszczenia ubikacji. Wynalazki te mają nie tylko łechtać naszą dumę, ale także służyć do codziennego użycia. Czyszczenie porcelanowej powierzchni muszli po skorzystaniu powinno być odruchem bezwarunkowym. Winniśmy pozostawiać toaletę w stanie, w jakim ją zastaliśmy. Kiedy kończy się papier toaletowy, a jednocześnie skończył się nam jego zapas, należy zostawić czytelny znak informujący o tym fakcie każdego potencjalnego użytkownika. Oszczędzi to mu niepotrzebnego stresu i krępującej sytuacji. Przed wyjściem opuszczajmy klapę – uniemożliwi to przykrym zapachom infiltrację naszego mieszkania.

Jestem zagorzałym zwolennikiem przestrzegania ciszy nocnej. W odróżnieniu od godziny policyjnej ma ona na celu zapewnienie komfortu mieszkańcom danego budynku (wybierając mieszkanie, musimy pożegnać się z zaletami domu jednorodzinnego). Młodzież często nawołuje do jej zniesienia, ale miałoby to tragiczne konsekwencje. Ciężko jest porządnie wypocząć, kiedy nasi sąsiedzi urządzają głośną balangę, zmuszając nas do wysłuchiwania ich ulubionych utworów. Do tego cała masa krzyków, stukotów i dźwięków żywcem wyciągniętych z najostrzejszych filmów pornograficznych. Jedynym sensownym wyjściem wydają się odwiedziny u hałasującej osobistości w celu udzielenia jej słownej reprymendy. To może skończyć się jednak ciężkim pobiciem albo przykrymi konsekwencjami (malowanie drzwi, zaklejanie betonem dziurek od klucza). Najlepiej po prostu wezwać stosowne służby, aby przy pomocy odpowiednio wysokiego mandatu skłoniły imprezowicza do zachowania odpowiedniego do pory dnia. Sporadyczne przyjęcia zazwyczaj są tolerowane, ale przekształcanie swojego lokum w dyskotekę już nie.

To tylko bardzo uogólniony zbiór ludzkich zachowań, które szczególnie negatywnie działają mi na nerwy. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Nie jest to jednak celem tego cyklu. Chciałem podzielić się swoimi spostrzeżeniami odnoszącymi się do codziennej koegzystencji z innymi ludźmi. Mam nadzieję, że posłuży on jako swoisty drogowskaz, czego nie należy pod żadnym pozorem robić.

niedziela, 16 lutego 2014

Codzienny savoir - vivre w praktyce cz. I



Dzisiaj nie sposób uniknąć przymusowej koegzystencji w grupie. Pragnienie poszerzania swojej wiedzy, dostępu do najnowszych zdobyczy techniki lub fachowych usług (choćby opieki zdrowotnej) wymusza na wielu ludziach życie w społeczności ludzkiej. Niestety praktyka takich stosunków niejednokrotnie przekonuje o ich bezsensowności (w przypadku, jeżeli pragniemy zachowywać się uczciwie). Na naszej drodze spotykamy mnóstwo osób nieuprzejmych (czasami zachowujących się po prostu po chamsku), nieuczciwych (potrzeba naprawdę niewielu drobnych gestów, aby zapewnić drugą stronę o naszym szacunku) itd. Nie możemy niestety nic poradzić na rosnącą barbaryzację obyczajową naszych ziomków. Z roku na rok coraz mniejszą wagę przykłada się do podstawowych wartości, jakimi powinni kierować się wszyscy (nie tylko osoby publiczne). Nasza codzienność byłaby znacznie bardziej wesoła, gdybyśmy zadbali o nasze właściwe zachowanie. Jestem osobą bardzo konsekwentną, a przy tym szczególnie wyczuloną na działania innych naruszające moją prywatność. Oto kilka zachowań, które szczególnie działają mi na nerwy.

 Lubię spędzać czas w zaciszu własnego mieszkania. Jest to dla mnie prawdziwa świątynia, w której odpoczywam, pracuję, uczę się. Z uwagi na wrodzone zamiłowanie do dużych aglomeracji miejskich (wynika to z prostego założenia: duże miasto = całe mnóstwo możliwości), pomieszkuję w zbiorczych budynkach mieszkalnych (czyt. blokach, kamienicach). Oznacza to dzielenie domu z całą masą innych osób. Niestety lata doświadczeń uświadomiły mi, że szansa na cichych, miłych, spokojnych sąsiadów jest nikła. Bardzo irytuje mnie zwyczaj pozostawiania śmieci (na szczęście w zawiązanych workach) na klatce schodowej. Nie rozumiem, dlaczego ludzie nie znajdują kilku minut na umieszczenie ich w stosownym pojemniku, a jedynie symbolicznie pozbywają się ich, wynosząc za własny próg. Nie wygląda to apetycznie (w miesiącach letnich unoszące się znad odpadów aromaty wypełniają cały pion, odstraszając swoją wonią nawet najbardziej wytrwałych doręczycieli).

Kolejną kwestią jest niezamykanie drzwi wejściowych do klatki schodowej. Rozumiem, że kiedy temperatury przekraczają optymalne wartości, ludzi nachodzi chęć zapewnienia sobie, choćby chwilowego, chłodu. Niestety ten komfort kończy się często infiltracją budynku przez różnego rodzaju szkodniki (myszy, psy, szczury itp.). Często także zmienia nasz wspólny przedsionek w publiczną toaletę dla bezdomnych lub wracających z alkoholowych libacji pijaków. Warto też wspomnieć o tym, iż polityka otwartych drzwi może zachęcić pewne subkultury do skorzystania z okazji na darmowe miejsce służące spokojnej konsumpcji alkoholu, wyrobów tytoniowych. Uwielbiam sytuację, kiedy po ciężkim dniu wchodzę do budynku, a moją twarz owiewa chmura cuchnącego dymu papierosowego… Do pełni szczęścia brakuje tylko kogoś, kto zionąc zapachem etanolu, zapyta mnie o zawartość moich kieszeni. Przeraża mnie ten zatrważający brak wyobraźni.

Czasami nawet mnie przytrafia się dzień wolny, podczas którego uwielbiam zrelaksować się przy dobrej książce, konsumując jakieś wyśmienite danie. Stanowi to dla mnie swoistą odmianę medytacji. Mój umysł ogarnia błogi spokój i słodkie uczucie (wym. „umami”, „poczucie szczęścia”). Z tego błogostanu wyrywają mnie niestety rzemieślnicze zapędy moich sąsiadów. Ponoć każdy chociaż raz w życiu zetknął się z domorosłym majsterkowiczem, który całymi godzinami potrafi intensywnie przebudowywać swoje lokum przy pomocy rozmaitych narzędzi. Czasami z niedowierzaniem pytam samego siebie: Ileż można wiercić?! Znam wiele przykładów bardzo wymagających wnętrz pełnych kątów, rowków, ścianek działowych itd. Szczerze jednak wątpię, aby odpowiedzialni za remontowe hałasy poświęcali swój cenny czas na takie artystyczne instalacje. Podejrzewam, iż to nowy rodzaj sportu (skoro są zawody dla drwali, to czemu nie miałoby być ich dla operatorów wiertarek?). Istnieje też możliwość spotkań towarzyskich, w czasie których goście porównują zakupiony sprzęt budowlany w praktyce (wiercąc, a następnie łatając wykonane otwory). Nie znajduję innego wytłumaczenia dla tych domowych placów budowy.

Kiedy już uda mi się opuścić miejsce zamieszkania, objawia się przede mną zupełnie nowa gama karygodnych (z mojego punktu widzenia) zachowań. Sygnalizacja świetlna została stworzona z myślą o ograniczeniu liczby wypadków. Większość przechodniów nie zdaje sobie z tego sprawy, mknąć przed siebie na złamanie karku, aby tylko zaoszczędzić kilka minut cennego czasu (jak gdyby nie można było po prostu zwlec się z posłania ciut wcześniej). Sam czasami stoję przed jezdnią przez długie minuty (mimo chłodu, deszczu, upału), pomimo braku nadjeżdżających pojazdów. Powstrzymuje mnie jedynie czerwona barwa światła dedykowanego pieszym (czasami jest to stojący na baczność ludzik). Chodzi jednak o zasady. Często biegłem, aby zdążyć na umówione spotkanie, ale zawsze starałem się zachować minimum przyzwoitości, podporządkowując się regułom ruchu drogowego. Uważam, iż w starciu z ważącym ponad tonę pojazdem nie należy udawać nonkonformisty. Oczywiście nie dotyczy to samobójców (ale dlaczego nie mogą oni odejść spokojnie z dala od innych, zamiast angażować w swój proceder niewinnych kierowców).

Odkąd sięgam pamięcią nasza piękna stolica (naprawdę lubię to miasto) jest rozorana przez dziesiątki remontów. Zupełnie tak, jakby znudzeni robotnicy przenosili się z miejsca na miejsce zgodnie z jakimś zwariowanym schematem. Rozumiem przecież konieczność wymiany nawierzchni (po co w końcu budować porządne drogi, skoro łatanie tych tandetnych zapewnia kilku pokoleniom zajęcie), konstrukcji (np. mostów). Można jednak robić to zgodnie z jakimś planem, dzięki któremu nie utrudnimy życia mieszkańcom. Przykład? Remont Trasy AK. Zamknięto dojście do komunikacji Parku Kaskada lewą stroną ulicy (wygodne chodniki, schodki), stawiając znak o konieczności przejścia prawym skrajem. Niestety tam znajduje się jedynie wydeptana w błocie ścieżynka (o tej porze roku trudne do przebycia mokradła). Ułożenie kilkudziesięciu kawałków kostki brukowej jest przecież zbyt kosztowne. Niech ludziska się trochę potrudzą – wyjdzie im to na zdrowie. Nie wspomnę już o błocie z placu budowy, które wylewa się na okolice, brukając krajobraz. Czystość, porządek nie jest najwyraźniej domeną naszych drogich budowlańców.

Uwielbiam zwierzęta. Szczególnym szacunkiem darzę psy, przedkładając ich towarzystwo nawet nad kocie (doceniam zalety kotów, ale zbyt często spotykałem okazy bardzo leniwe lub zbyt złośliwe). Sam marzę o posiadaniu własnego czworonoga, chociaż z racji braku czasu oraz odpowiednich warunków stale odwlekam zakup. Na szczęście codzienne spacery po mieście zapewniają mi możliwość obcowania ze światem przyrody. W drodze do autobusu, metra, tramwaju przechadzam się pośród dziesiątek parujących psich kup. Nie twierdzę, iż sprzątanie ich należy do przyjemności (mało ludzi gustuje w macaniu odchodów). Jednak skoro ktoś wyprowadza swojego psiaka, to powinien zadbać o krajobraz po jego wizycie. O ile mocz oddany na drzewo specjalnie nas nie razi, o tyle dorodna brązowa instalacja ustawiona na środku chodnika potrafi zirytować.

Kiedy dotrzemy już do odpowiedniego środka komunikacji miejskiej spotykamy się z bardzo sympatyczną modą polegającą na tarasowaniu wejść. Oczywiście wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w środku znajdują się ludzie pragnący wyjść z pojazdu. Może by tak stanąć z boku, pozwalając im swobodnie go opuścić? Po co! Ustawmy się centralnie przed drzwiami, aby gdy tylko się otworzą, wepchnąć się do środka, roztrącając wysiadających. Musimy przecież zająć strategiczne pozycje, wyprzedzając konkurencję. Moi drodzy – to nie są zawody! Ileż to już razy widziałem na twarzach tych ludzkich taranów uśmieszek (coś w rodzaju: Ha! Wygrałem, frajerzy!). Przeraża mnie to, że dotyczy to nie tylko młodych osób. Można przecież zatarasować przejście szturmującemu wnętrze młodzieńcowi (najczęściej potulnie się wycofa), ale konfrontacja ze staruszką uzbrojoną w laskę może skończyć się lawiną inwektyw pod naszym adresem.

Wielokrotnie byłem zmuszony wyjść bez spożycia stosownego śniadania. W takiej sytuacji przed niechybną śmiercią głodową mogła uratować mnie tylko kupiona po drodze drożdżówka lub kanapka. Zawsze czułem się skrępowany, jedząc cokolwiek w podróży. Zupełnie nie przeszkadza mi konsumpcja na korytarzu, parkowej ławce, sali restauracyjnej, ale pochłanianie żywności np. w autobusie uważam za lekkie faux pas (kuszenie otoczenia widokiem smakowitego smakołyku). Jeśli już ktoś hołduje takim zwyczajom, powinien zadbać, by środek komunikacji po jego wizycie nie przypominał podłogi taniego baru ulokowanego w pobliżu dworca kolejowego. Można przecież zjeść nawet bardzo kruche ciastko francuskie bez zaśmiecania wszystkiego dookoła okruszkami. Przede wszystkim jednak należy zutylizować opróżnione opakowanie. Nie przepadam za widokiem butelek, papierków, puszek powciskanych między oparcia foteli albo wkopanych pod siedzenie. Wystarczyłoby przecież wyrzucić je do stojącego na każdym przystanku kosza.

Coraz częściej stykam się z zanieczyszczeniami akustycznymi. Nie chodzi tu tylko o ludzi nie mogących się powstrzymać od głośnych rozmów przez telefon, kiedy wokół panuje ogromny ścisk. Nawet stojąc kilka metrów dalej, można usłyszeć głos rozmówcy płynący z głośnika. Takie rozwiązanie nie zapewnia komfortu potrzebnego do przeprowadzenia swobodnej konwersacji, a jedynie przeszkadza otoczeniu w cieszeniu się przejażdżką pośród pięknych okoliczności przyrody. Innym czynnikiem zakłócającym spokój są uliczni grajkowie. Przykre jest to, iż nie są to apetycznie zbudowane wokalistki w kusych strojach bądź wygimnastykowane basistki ze wzmacniaczami zamocowanymi na plecakach. Zazwyczaj mamy do czynienia z brodaczami grającymi skoczne melodie na akordeonach, zbierającymi datki poprzez skomplikowany system małoletnich pomagierów wyposażonych w plastykowe kubeczki. Regulamin przewozu osób powinien posiadać podpunkt dedykowany takim osobistościom – przewożenie instrumentu jest tolerowane (granie na nim już nie). Sympatycznym akcentem są również młodzi ludzie zmuszający nas do słuchania wyselekcjonowanych przez nich utworów (tzw. didżeje bez słuchawek). Próżno spodziewać się wykonań orkiestr symfonicznych czy klasyków muzyki poważnej (marzę o spotkaniu kogoś katującego uszy tychże muzyków najsłynniejszymi dziełami Chopina, Moniuszki albo Wagnera).

Wiecie, że komfortowa odległość od innej osoby wynosi pół metra? Naruszanie tej strefy komfortu jest odbierane za poważny afront i zastrzeżona jest z reguły jedynie dla osób nam bliskich. Oczywiście w godzinach szczytu należy przygotować się na tłumy ludzi oraz wszędobylski ścisk zmuszający nas do przyklejania się do ścian (tzw. jazda na glonojada). Zdarzają się niestety sytuacje, w których jesteśmy przez kogoś osaczani mimo ogromnej ilości wolnego miejsca dookoła. Do tego to ustawiczne kopanie naszych stóp przez kogoś siedzącego z tyłu (poczuł nagle przemożną chęć wyprostowania swoich kończyn dolnych, nie zwracając uwagi na współtowarzyszy podróży). Czasami można usłyszeć magiczne słowo przepraszam, ale są to wyjątki potwierdzające regułę. To samo tyczy się czytania przez ramię. Jeśli dysponujemy dobrym wzrokiem, możemy umilić sobie podróż korzystając z otwartej książki, włączonego czytnika. Staje się to trudniejsze, gdy cierpimy z powodu jakiejś wady wzroku – bezczelne nachylanie się nad kimś wygląda przekomicznie (można byłoby to znieść, gdyby czytająca była sympatyczną młodą dziewczyną z głębokim dekoltem). Bardzo denerwuje mnie zasypianie kogoś siedzącego obok na moim ramieniu. Abstrahując od możliwości zarażenia się jakąś przypadłością skórną (łupież, wszawica itp.), takich zachowań oczekuję od swojej dziewczyny (i to nie po pierwszej randce), a nie zaspanego mężczyzny w średnim wieku. Na koniec rozważań o zachowaniu bezpiecznego dystansu mała rada – szczotkowanie zębów należy uzupełnić o ich nitkowanie (zwłaszcza, kiedy mamy za sobą spożycie jakiejś łykowatej, włóknistej potrawy). Dlaczego? Łatwo można wyczuć w oddechu stojącego tuż obok człowieka zapach gnijących resztek żywności tkwiących w szczelinach międzyzębowych.

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek, że w trakcie podróży poczuliście intensywny nacisk na pęcherz wymuszający konieczność ulżenia sobie w procesie mikcji? Każdy dworzec czy stacja benzynowa zaopatrzone są w toaletę. Z radością zmierzamy w stronę pomieszczenia oznakowanego charakterystycznym napisem WC, mając nadzieję na szybkie rozwiązanie problemu. Niestety tuż za progiem wita nas widok kontrolera (lub automatycznej bramki) wymagającego od nas uiszczenia stosownej opłaty za skorzystanie z wychodka. W dobie pieniądza elektronicznego możemy zostać dotknięci deficytem bilonu. Mamy dwa wyjścia: zapłacić horrendalną cenę za pojedynczą wizytę (2 zł to przesada nawet przy uwzględnieniu kosztów wody, zużycia parku maszynowego) lub powrócić do tradycyjnej metody wykorzystującej łono natury (wizyty w krzakach są bardzo popularne nawet w dużych miastach). Druga opcja może skończyć się mandatem wystawionym przez służby porządkowe.

Wyobraźcie sobie, że po ciężkim dniu w pracy rozkoszujecie się lekturą ulubionej książki, kiedy nagle z wyimaginowanego świata wykreowanego przez autora wyrywa nas soczyste przekleństwo przechodnia. Sytuacja w naszym kraju pogarsza się coraz bardziej, co wiąże się niestety ze znacznym wzrostem liczby wulgaryzmów w mowie codziennej. Są one nieodzowne w pewnych sytuacjach (np. kiedy na nogę spada nam garnek z wrzątkiem), ale zdecydowanie ich nadużywamy. Beztrosko zastępujemy nimi znaki interpunkcyjne, co tworzy przezabawne zlepki językowe. Problem w tym, że słyszymy je z ust coraz młodszych przedstawicieli naszego społeczeństwa. Istnieje przecież wiele ciekawych konstrukcji słownych wyrażających nasze niezadowolenie, zniecierpliwienie. Do ich poznania potrzeba jednak sprawnej edukacji, a ta w tym kraju kuleje.

W filmie Pearl Harbor z 2001 r. możemy zapoznać się z grą w cykora. Zabawa polega na nalocie z pełną prędkością na samolot kolegi. Osoba, która jako pierwsza zrobi unik, przegrywa (ostatecznie odznacza się wyjątkowym tchórzostwem, unikając pewnej śmierci w powietrznej kolizji). Niejednokrotnie doświadczam czegoś podobnego na naszych chodnikach, ulicach. Idąca z naprzeciwka osoba tarasuje nam drogę. Ta próba sił kończy się z reguły próbą wyminięcia w ostatniej chwili, co czasami zajmuje kilka chwil (skręcasz w prawo, a ona w lewo – sytuacja powtarza się kilkukrotnie). Wystarczyłoby przecież jedynie lekko skorygować kierunek marszu, aby takiej sytuacji uniknąć. Takie komunikacyjne zatory zdarzają się również na schodach (ponoć przynosi to pecha). Od czasu do czasu na naszej drodze spotykamy osoby rozdające ulotki. Niektórzy z nich robią to tak nachalnie (chociaż widzą, że mamy zajęte obie dłonie, nadal wciskają nam swoje materiały promocyjne), iż tracę resztki wrażliwości na ich los (wielogodzinne wystawanie pod gołym niebem potrafi solidnie dać się we znaki).

Po wielu trudach docieramy do upragnionego celu podróży (pracy, szkoły). To niestety nie koniec irytujących zachowań ze strony innych.

piątek, 31 stycznia 2014

Czy warto się przytulać? Konsekwencje międzyludzkiego uścisku.



Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek spotkać na ulicy podejrzanie uśmiechniętą osobę zaczepiającą innych i machającą kartką z napisem Free Hugs? Mnie spotkała ta wątpliwa przyjemność. Z początku miałem wrażenie, że to rodzaj kampanii reklamowej nowego ruchu religijnego przeniesionego na nadwiślański grunt wprost ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (ojczyzny najdziwniejszych inicjatyw tego typu). Coś jednak się nie zgadzało. Zazwyczaj sekty (jeden z typów organizacji religijnej) rekrutują przy użyciu kobiet lub mężczyzn o olśniewającej urodzie (chodzi o skuszenie nowych członków). Tutaj miałem do czynienia z normalnymi (czyt. bez wyzywających kreacji czy wulgarnego makijażu) ludźmi nagabującymi przechodniów. W jeszcze większe zdumienie wpędziło mnie to, iż sami zaczepiani przytulali owych natrętów (czasami nawet sami do nich podchodzili!). Ciężko było mi zrozumieć, co kieruje tymi ludźmi. Czy są nieuleczalnie chorymi bez rodziny, którzy szukają odrobiny ciepła przed końcem doczesnej przygody? A może to jakiś nowy program telewizyjny, w którym za przytulenie określonej liczby osób otrzymuje się nagrodę pieniężną? Darmowe przytulanie… O co w tym chodzi?

Idea ruchu społecznego o nazwie Darmowe przytulanie (ang. Free Hugs Campaign) narodziła się 1 XII 2004 r. w australijskim mieście Sydney. Światowy rozgłos zdobyła dopiero dzięki opublikowanemu dwa lata później, za pośrednictwem serwisu Youtube (założonego 14 II 2005 r.), filmowi. Nagranie z pierwszej publicznej akcji pojawiło się na serwerach 22 IX (do grudnia odtworzono je ponad dwa miliony razy, co wedle ówczesnych statystyk było fenomenem). Filmowana postać (ukrywająca się pod pseudonimem Juan Mann) przechadza się ulicą Pitt Street Mall (jedna z głównych ulic handlowych Sydney), trzymając duży transparent z napisem FREE HUGS. Przytula wszystkich zainteresowanych ofertą, starając nie wdawać się w długie konwersacje. Zgodnie z wypowiedzią pierwszego organizatora celem akcji nie jest zawieranie nowych znajomości, zdobywanie numerów telefonów, flirtowanie czy kreowanie własnego wizerunku. Na pomysł wpadł, kiedy w czasie walki z głęboką depresją (skutek różnych osobistych perturbacji) został przytulony przez przypadkowego przechodnia. Poczuł niesamowitą ulgę i postanowił podzielić się tym uczuciem z innymi. Juan wykazał się sporą cierpliwością – na pierwszego chętnego musiał czekać ponad piętnaście minut (była to jakaś sympatyczna staruszka).

W tle możemy usłyszeć nagranie popularnego australijskiego zespołu Sick Puppies (grają głównie ciężkiego rocka alternatywnego). Mann spotkał ich rok wcześniej, kiedy główny solista tejże grupy, Simon Moore, pracował na deptaku (zarabiając w charakterze ulicznego grajka). W udzielanych wywiadach Moore stanowczo dementował plotki o ukrytej kampanii promocyjnej zespołu. Swoją twórczość dodał do materiału Manna, gdy dowiedział się o śmierci jego ukochanej babci. Chcąc pocieszyć sympatycznego społecznika, dodał utwór All the same do oryginalnego filmu, po czym wysłał otrzymaną produkcję do autora akcji. Ten, poruszony życzliwością muzyka, zmienił oryginalną koncepcję. Całości miała przyświecać bezinteresowna chęć niesienia pomocy tak, jak w przypadku ulicznego wystąpienia Manna. Ciężko dziś zweryfikować prawdę, ale należy zaznaczyć, iż zespół nie zanotował znaczącego wzrostu sprzedaży swoich płyt po opublikowaniu filmu.

Inicjatywa Juana przez wiele lat spotykała się z szeroko zakrojoną nieufnością zarówno ze strony mediów, jak i ogółu społeczeństwa. Autora podejrzewano o jakieś ukryte intencje, przypisując jego charytatywnej działalności znamiona dewiacji. Akcja zyskała na popularności, kiedy zwiększyła się liczba osób łaknących darmowego przytulenia (szczerze mówiąc w Polsce taką usługę można otrzymać nawet od prostytutki – być może w Australii trzeba za to płacić). Stale powiększało się też grono naśladowców – do tego stopnia, że policjanci zakazali Mannowi dalszego publicznego przytulania (X 2005 r.) z uwagi na brak polisy ubezpieczeniowej imprez masowych (takowe kosztuje średnio kilkadziesiąt milionów dolarów). Władze uchyliły decyzję służb porządkowych po złożonej przez Manna oraz jego zwolenników petycji (zebrano ponad 10 tys. podpisów), oficjalnie zezwalając na masowe rozdawnictwo uścisków w miejscach publicznych. Sam Juan charyzmatycznie walczył z uczestnikami akcji, którzy wykorzystywali ją do celów towarzyskich.

Temat kampanii był wielokrotnie poruszany w mediach, dzięki czemu inicjatywa rokrocznie zdobywa nowe rzesze zwolenników. Pierwszy raz Juan Mann udzielił wywiadu telewizji Ten News Australia (rozmowę prowadziła Angela Bishop). Oryginalne nagranie zostało wyemitowane w czasie bardzo popularnego programu Good Morning America (27 IX 2006 r.). Dzięki temu film uplasował się wśród najbardziej popularnych w historii serwisu Youtube (wygrał w głosowaniu na najbardziej inspirujący klip 2007 roku). Yu Tzu – Wei (student z Tajwanu) rozpoczął w 2006 r. akcję mającą na celu przytulenie każdego mieszkańca wyspy (bagatela ponad 20 mln ludzi). Pierwsze masowe Darmowe przytulanie miało miejsce 1 X 2006 r. w New South Walse – media odpowiadają za tak masowy odzew społeczeństwa. W Polsce pierwsza taka akcja odbyła się 21 X 2006 r. z inicjatywy serwisu Joemonster. 18 XI tego roku po raz pierwszy przytulali się mieszkańcy szwajcarskiej Genewy, a tydzień później amerykańskiego Chicago i izraelskiego Tel Awiwu – Jafy. Pod koniec roku przytulano się w kilku belgijskich miastach. W 2008 r. zwyczaj dotarł na Półwysep Indyjski, a w roku 2009 do Norwegii.  Polak, Maksym Skorubski, we wrześniu 2012 r. odbył podróż Uściski dookoła świata w 80 dni (łącznie przytulił 6783 osoby w 19 krajach świata).



Mann szybko zyskał międzynarodową sławę. Już 30 X 2006 r. wystąpił w kultowym programie (Oprah) Oprah Winfrey (prowadząca dowiedziała się o działalności Juana od swojego lekarza rodzinnego). Zaproszony pojawił się przed studiem na kilka godzin (bladym świtem) przed audycją, rozdając przechodniom uściski (całe zdarzenie zarejestrowały kamery). Udzielił też wywiadu magazynowi Who. Po śmierci swojej babci razem z Simonem Moore’m założył organizację charytatywną (została zamknięta po kilku latach). Sam Mann opublikował w postaci elektronicznej swoją książkę (ta darmowa publikacja wciąż jest do znalezienia w Sieci). 23 VIII 2009 r. Juan opublikował na swoim profilu (Facebook) artykuł (pierwotnie umieszczony na jego blogu), w którym ogłosił zakończenie swojego udziału, prosząc jednocześnie wszystkich zainteresowanych kontynuacją akcji o przejęcie jego roli. Od tego czasu już tylko sporadycznie pojawia się na oficjalnej stronie lub forum.

Pomysł masowego tulenia nie zawsze spotykał się z przychylnością władz – jedenaście osób zostało zatrzymanych (prewencyjnie na jedną godzinę) za zorganizowanie kampanii w Szanghaju bez stosownego zezwolenia na zgromadzenie publiczne. Rząd francuski postanowił wykorzystać ideę, jako część inicjatywy walki z wyobcowaniem ze społeczeństwa osób zakażonych wirusem HIV lub chorych na AIDS. Wystosował oficjalną prośbę o wspieranie (poprzez przytulanie) stojących na ulicach wolontariuszy. Obywatele odpowiedzieli na nią z prawdziwym entuzjazmem. Zagranie zostało zaadaptowane kilka lat później przez rząd indyjski. Zdarzają się też zagorzali przeciwnicy akcji – w Arabii Saudyjskiej (Ryiadh) Komitet Krzewienia Cnót i Zapobieganiu Złu (policja religijna) aresztowała dwóch rozdających uściski za sianie zgorszenia w miejscu publicznym. W VII 2007 r. dwóch mężczyzn zostało zatrzymanych za podobne wybryki w jordańskim Amman (oskarżono ich o seksualne molestowanie kobiet i posiadanie nieautoryzowanego transparentu w obcym języku). Do dzisiaj w Jordanie akcja jest prawnie zakazana. 

Czy z medycznego punktu widzenia przytulanie jest korzystne dla naszego zdrowia? Naukowo potwierdzono kilka rzeczywistych zalet tego procesu. W czasie dobrowolnego kontaktu z drugim człowiekiem nasze serce zwalnia, zmniejszając ciśnienie krwi (to bardzo pożądane zjawisko w tych zwariowanych czasach). Udowodniono też, że przytulana osoba lepiej radzi sobie ze zwalczaniem negatywnego wpływu różnych patogenów. Opracowano nawet eksperymentalną terapię onkologiczną opartą na regularnych uściskach. Fizyczny kontakt ma właściwości przeciwbólowe (skuteczność zbliżona do paracetamolu), ułatwia zasypianie, gwarantując głęboki sen (w czasie którego regeneracja organizmu postępuje najefektywniej). 

Zarejestrowano też zmiany w gospodarce hormonalnej. W trakcie przytulania wydziela się nonapeptyd o nazwie oksytocyna. U ssaków (w zależności od aktualnego samopoczucia) wzmacnia uczucie bezpieczeństwa, szczodrości, ufności, uległości, zazdrości lub chęć współpracy. Jej produkcja nasila się w momencie dotyku, warunkując przyjemność czerpaną z tulenia. Pod tym względem oksytocyna działa uzależniająco – im częściej kogoś przytulamy, tym mocniej wiążemy się z nią psychicznie i tym większą potrzebę dotykania tej osoby odczuwamy. Uściski obniżają również poziom hydrokortyzonu (jeden z tzw. hormonów stresowych), uwalniając nas od nagromadzonych w naszym ustroju napięć. 

Oczywiście dotyk może nam też zaszkodzić (nie mówię tu o potencjalnym ryzyku kradzieży, zabójstwa – chociaż ściskany raczej nie spodziewałby się ataku). Czy wiecie, że prawie 80% chorób zakaźnych przenosi się przez dotyk? Oczywiście nie chodzi o to, iż wirusy ospy ulegają dyfuzji poprzez powłoki ciała, ubrania. W naszym społeczeństwie mycie rąk nie jest ogólnie przyjętą normą (zbytnia sterylność również nie jest wskazana), a niektórzy nie potrafią zasłonić ust kichając, kaszląc (czyt. rozsiewając drogą kropelkową tysiące patogenów). Przez to ubranie naszego przytulanego może być pokryte najróżniejszymi czynnikami chorobotwórczymi (bakteriami feralnymi, wirusami itp.). Później przeniesiemy je na innych, by w końcu drogą pokarmową (w czasie posiłku postanowicie pochwycić palcami niesforną frytkę bądź kawałek sałaty próbujący uciec z talerza). Zawsze należy się zastanowić, czy niewinne przytulenie nie wyśle nas na przymusowy urlop zdrowotny. Patologowie alarmują, aby w przypadku takich kąpieli w tłumie zachować odpowiednie normy sanitarne.

Jest jeszcze kwestia samopoczucia. W XXI w. nasze życia zdominowane są przez nieustanną gonitwę za pieniądzem, pracą. Ten pośpiech utrudnia nam znacząco nawiązywanie właściwych znajomości, a także poważnie upośledza nasze zdolności interpersonalne. Współczesne komunikatory umożliwiają nam przeprowadzanie wielu rozmów jednocześnie, ale nawet najbardziej skomplikowany system przekazu audiowizualnego (wspierany przez wysokiej jakości kamerę) nie zastąpi fizycznej obecności drugiego człowieka. Człowiek, jako istota społeczna, potrzebuje choćby minimalnej ilości kontaktów towarzyskich dla utrzymania właściwej równowagi psychicznej. Trudno jest nam jednak znaleźć czas (zamiast czasochłonnych spotkań osobistych preferujemy komunikację pośrednią z domowego zacisza). Cały czas dążymy do zwiększenia naszego stanu posiadania, dając się kontrolować wszechobecnym reklamom wdrażającym czysto konsumpcyjny styl życia.

Chociaż otaczamy się coraz większą ilością kosztownych drobiazgów, nadal pozostajemy samotni. Coraz mocniej odczuwamy brak ciepła drugiej obecności, spędzając wolne chwile przed monitorami. Przytulanie jest zjawiskiem powszechnym, głęboko zakorzenionym w kulturze. Każdy z nas pamięta święta rodzinne, w czasie których wypadało wyściskać każdego z krewnych, dając w ten sposób dowód życzliwości i zaufania. Współcześnie przytulanie z jednej strony zostało sprofanowane przez jego nagminne stosowanie (skoro młodzież nie uważa wyuzdanych aktów seksualnych za coś wstydliwego, to zwykłe przytulenie wydaje im się czymś banalnym), a z drugiej otaczane społecznym tabu. Wokół nas jest mnóstwo osób zwyczajnie wstydzących się przytulać (być może to kwestia wychowania).

Jak się przytulać? Najpierw musimy się zatrzymać (fizycznie, psychicznie). Przystanąć na chwilę w naszej pogoni za ulotną doczesnością i poświęcić chwilę drugiemu człowiekowi. Skupić się na obecnej sytuacji, odrzucając na krótki moment przyszłość, rozkoszując się czarem teraźniejszości. Na co dzień zapominamy o tym, jak często byliśmy przytulani w dzieciństwie. Przytulanie pozwala dzieciom przezwyciężyć koszmar świata rzeczywistego (przecież muszą poznać cały ogromny świat!). Z czasem dzieci dojrzewają, a swoją potrzebę bliskości przenoszą na swoich partnerów (trzymanie się za ręce stanowi najlepszy przykład takiej praktyki). Przytulanie powinno być aktem aseksualnym (niestety w tych rozpustnych czasach wielu wykorzystuje okazję do tzw. obmacania – zboczeńców nie brakuje). Ten akt winien budować relacje przyjacielskie, zaspokajając przede wszystkim potrzebę bezpieczeństwa.

Chcąc dobrze przytulać innych, musimy zacząć od przytulenia samych siebie. Należy z godnością zaakceptować własną osobę. Obserwujemy ponury trend rozpadania się związków. Przyczyn tego zjawisko jest oczywiście wiele (różnice charakterów, zdrady etc.), ale często słyszy się o tzw. wypaleniu. Cóż kryje się za tym pojęciem? Chodzi o sytuację, kiedy relacja między dwojgiem ludzi staje się dla nich nużąca, męcząca. Związki zbudowane wyłącznie na zaspokajaniu prymitywnych potrzeb cielesnych nie są w stanie przetrwać. W dobrym związku musi znaleźć się nuta przyjaźni, spajająca parę niezależnie od czynników losowych. Remedium na to może być właśnie częstsze przytulanie (nie w formie gry wstępnej). Na pewno nie zaszkodzi to związkowi.

Życiu w uściskowym celibacie dla większości ludzi jest bardzo szkodliwe. Osoby takie odczuwają narastające poczucie wypchnięcia za margines, tracą siłę do życia, zamykając się coraz szczelniej na otoczenie. Niektórzy psychologowie twierdzą nawet, że stan taki może wpłynąć bezpośrednio na zdrowie człowieka. Depresja, samotność potrafią upośledzać układ odpornościowy, co nie jest efektem pożądanym. Istnieją oczywiście wyjątki od tej reguły. Pewna wąska grupa przedstawicieli naszego gatunku jest z natury samotnikami. Potrafią koegzystować, nawiązując zdrowe relacje z innymi, ale potrzebują też czasu dla siebie. Takim ludziom nie przeszkadza samotność, a wręcz przeciwnie – pozwala im na rozwój własnych zainteresowań. Pamiętajmy, iż nie każdy jednak jest do tego zdolny. Bardzo łatwo to sprawdzić. Wystarczy porządnie zaopatrzyć spiżarnię w żywność, a następnie odciąć się na pewien czas (np. tydzień) od świata (we własnym domu – wycieczki się nie liczą). Jeśli będziemy w stanie zorganizować sobie czas (pomijam kwestie związane z nauką, pracą), możemy uważać się za samotników.

Czy przytulanie jest zjawiskiem powszechnym? Z badań wynika, że nawet bardzo powszechnym (nawet w Polsce, czego dowiodło pięć par przytulających się przez ponad 25 godzin na hali Dworca Centralnego w Warszawie, trafiając dzięki temu do Księgi Rekordów Guinnesa w roku 2012). Większość Polek deklaruje, że w trakcie przytulania czują się komfortowo (nie traktując tego jednocześnie w charakterze preludium do aktu płciowego), dlatego też preferują zasypiać w objęciu partnera (chociaż nie ukrywają, iż doceniają też komfort posiadania własnej połowy łóżka). Dla porównania Brytyjki nie przepadają za długimi uściskami (jest im za gorąco lub zbyt niewygodnie). Ciekawostką behawioralną jest odwrócenie priorytetów w zależności od płci zaobserwowane w związkach o długim stażu (ponad 15 – letnim) – mężczyźni bardziej pragną być przytulanym, a kobiety wolą wówczas konwencjonalne akty płciowe (to skutek działania pewnych neurotrofin, np. hormonu przywiązania). Amerykańska psychoterapeutka, Virginia Satir, powiedziała kiedyś, że: We need 4 hugs a day for survival. We need 8 hugs a day for maintenance. We need 12 hugs a day for growth (Potrzebujemy czterech uścisków dziennie, aby przetrwać, ośmiu – by zachować zdrowie, a dwunastu – by się rozwijać.).

Zbawienny wpływ przytulania może też być interesującym pomysłem na biznes. W Anglii od dawien dawna popularne były tzw. cuddle party, swoista ewolucja pidżamowych przyjęć. Obecnie mają one charakter elitarnych przyjęć towarzyskich dla osób dorosłych. Uczestnicy chwalą miłą odmianę od nastawionych na konsumpcję imprez klubowych. Taka forma spotkań pozwala odnaleźć, dzisiaj już niemal całkowicie zapomniany, aseksualny dotyk. Dzięki zaangażowaniu organizatorów za odpowiednią opłatą można uzupełnić braki w odczuwaniu takowej cielesnej przyjemności. Niektórzy trenerzy personalni organizują podobne wydarzenia w naszym kraju. Dla zainteresowanych kilka wskazówek: rozbieranie się jest zabronione, nie ma nakazu przytulania się z kimkolwiek, a o tym, co dzieje się w czasie wieczoru – nie plotkujemy.

Niewątpliwie przytulanie jest integralną częścią życia w społeczeństwie i nie unikniemy go. Wg psychologów potrzeba bliskości wcale nie maleje z wiekiem, a jedynie jest niezdarnie zagłuszana przez pęd za dobrami doczesnymi. Ponad 85% naszego komunikatu stanowi tzw. przekaz niewerbalny, czyli nasza mimika, mowa ciała, ton głosu itp. Uścisk wymieniany z drugą osobą jest uniwersalnym gestem przyjaźni, zapewniającej o obustronnych dobrych intencjach. Jednocześnie zacieśnia on więzy międzyludzkie (nie pozwalamy się przecież dotykać każdej osobie). Czy warto godzić się na darmowe przytulanie? Podświadomie traktujemy taką akcję, jako rodzaj korzystnej dla naszego portfela okazji (darmowy – słowo kluczowe). Każdy powinien rozsądzić to we własnym sumieniu. Ja zawsze mam w pamięciach sentencję: Dawniej ludzie trzymali się blisko siebie, bo broń nie sięgała daleko